Ten tekst jest głosem przeciwko używaniu interpretacji historycznych w bieżącej walce politycznych interesów i przeciwko zjawisku dekretowania „prawdziwych wersji” historii przez państwo za pomocą przepisów prawa. Mój sprzeciw dotyczy nie tylko, choć oczywiście jest to nieporównywalnie bardziej podłe i niemoralne, przypadków, gdy dekretowany jest fałsz. Dotyczy także dekretowania prawdy historycznej i prawnego zakazu, a nawet ustanawiania kar za głoszenie nieprawdy.
Historia etatystyczna
Państwo ma to do siebie, że jest strukturą raczej niezbędną do pokojowego współistnienia ludzi. Jednostki ludzkie maja najrozmaitsze aspiracje, cele, wyznają bardzo różne wartości. Realizując swoje plany siłą rzeczy mogą dokonać zamachu na wolność innego człowieka, którego zamierzenia i wartości są sprzeczne czy przeciwstawne. Uzgodnienie metody życia zbiorowego, dzięki któremu członkowie pluralistycznego społeczeństwa mają gwarancje pewnego zakresu wolności, który nie narusza słusznego roszczenia innych o równy zakres wolności, stało się źródłem najważniejszej z punktu widzenia współczesnego liberalizmu legitymizacji istnienia państwa.
Nie mniej jednak, państwo choć potrzebne, jest także niezmiernie szkodliwe. Naturalne dążenie człowieka do ekspansji swojej strefy wpływów w przypadku ludzi władzy od wieków powoduje rozrost funkcji państwa i jego rządu (reżimu). W efekcie państwo zdefiniowało w niemal każdej sferze życia społecznego swoje obszary aktywności i szczególnego zainteresowania. Pokłosiem tego jest tendencja do regulowania jak najszerszego zbioru problemów ludzkich. To zjawisko czyni państwo czasem zagrożeniem dla egzystencji człowieka, czasem dla jego własności, czasem nieprzyjaznym podmiotem kontrolującym, czasem wścibskim szpiegiem, a czasem zwyczajnym, uciążliwym utrapieniem. Gdy państwo reguluje i interweniuje zazwyczaj nie potrafi powiedzieć „stop” i w końcu zamiast częścią rozwiązania staje się częścią problemu. Dotyczy to sfery gospodarczej, sfery prywatnej życia człowieka, sfery życia religijnego, które poza sferę prywatną wykracza za sprawą lekkomyślnej postawy kapłanów, a także, ewidentnie, życia naukowego.
W biegu historii instytucja państwa wielokrotnie kompromitowała się ingerując w życie naukowe. Rządy i monarchowie próbowali, celem zaspokojenia swoich oczywistych interesów politycznych i materialnych, decydować co jest, a co nie jest prawdą naukową. Kwestionowano odkrycia astronomiczne, piętnowano rozwój biologii i medycyny. Do dziś świat jest pełen ludzi, którzy chcą za pomocą państwowego paragrafu uczynić z wierzeń i zabobonów religijnych fakt.
W naszej części świata państwa rządzone przez ludzi tkwiących raczej w racjonalistycznej tradycji znalazły inne pole do popisu, inny obszar dla państwowego dekretowania prawd naukowych. Stała się nim historia, wraz z wyłonieniem pojęcia polityki historycznej. Pojęcie to może być różnie rozumiane. Jeśli dotyczy tylko szeregu politycznych rytuałów wokół obchodzenia uroczystości rocznicowych i służy upowszechnianiu historycznej świadomości pośród obywateli, wzmacnia ich dobrze pojęte poczucie przynależenia do pewnej dobrowolnej wspólnoty losów, jaką jest naród, czyni z nich ludzi odpowiedzialnych i zatroskanych o dobro państwa i sprawy publiczne, to taka polityka historyczna jest zjawiskiem ze wszech miar pozytywnym. Rzecz w tym, że pod tym terminem kryje się także coś innego. Po pierwsze utylitarne stosowanie odwołań historycznych jako narzędzia prowadzenia jak najbardziej współczesnej, brutalnej walki interesów, tak w stosunkach zewnętrznych, jak i w wewnętrznej bitwie politycznej. Póki sprowadzona tu do rangi narzędzia historia nie jest przeinaczana, to ocena tego zjawiska może być różna. Jednak, po drugie, polityka historyczna, aby być jeszcze bardziej skuteczna, posuwa się często do dekretowania przez uprawiające ją organa państwa prawdy i nieprawdy historycznej. Nie zawsze dekret jest zgodny z faktem, bo nie zawsze fakty są wygodne. Gdy nie przystają do celów polityki i współczesnych interesów, tym gorzej dla faktów. Czasem mamy do czynienia nie tyle z jawnym dekretowaniem fałszu, co z bardziej subtelnym tworzeniem „wersji zdarzeń”, która przez nieznaczne przesunięcia akcentów, modyfikacje interpretacyjne i ewentualnie kilka przemilczeń tworzy obraz nieuczciwy.
Ten tekst jest głosem przeciwko używaniu interpretacji historycznych w bieżącej walce politycznych interesów i przeciwko zjawisku dekretowania „prawdziwych wersji” historii przez państwo za pomocą przepisów prawa. Mój sprzeciw dotyczy nie tylko, choć oczywiście jest to nieporównywalnie bardziej podłe i niemoralne, przypadków, gdy dekretowany jest fałsz. Dotyczy także dekretowania prawdy historycznej i prawnego zakazu, a nawet ustanawiania kar za głoszenie nieprawdy.
Dekretowanie historii może mieć oczywiście pobudki szlachetne. Tak jest w przypadku zakazu „kłamstwa oświęcimskiego”, czyli negowania holokaustu. Autorzy prac czy tekstów, którzy negują zagładę Żydów w czasie II wojny światowej lub umniejszają jej rozmiary celem ośmieszenia ruchów antynazistowskich w niemal wszystkich przypadkach kierują się pobudkami nienawiści narodowościowej, rasowej i religijnej. Argumentem za karaniem tych ludzi jest to, że tego rodzaju wypowiedzi towarzyszą zwykle lub stają się zarzewiem wezwań do przemocy na tle nietolerancji rasowej. Nie mniej jednak, uważam, że karać należy tylko w przypadku, gdy rzeczywiście mamy do czynienia z wezwaniem do przemocy. Gdy tekst przeczy prawdzie historycznej, zasługuje na poddanie go weryfikacji specjalistów, kompromitację i stanowczą, druzgocącą polemikę. Nie zaś na więzienie dla autora.
Rzecz w tym, że dekretowanie przez państwo prawdy historycznej i zakaz publikowania tekstów, które „wersji oficjalnej” przeczą, są wykorzystywane przez innych ludzi i inne państwa, które powołując się na ten precedens i proceder dekretują historyczną nieprawdę. Gdy czynimy ze słowa przestępstwo (a słowo tylko w postaci poświadczenia nieprawdy o konkretnych, pojedynczych osobach powinno być jako pomówienie karane, i to wyłącznie z powództwa cywilnego) otwieramy drogę do ograniczenia wolności słowa, jakim niewątpliwie jest zakaz głoszenia prawdy, choć niewygodnej dla takiego czy innego rządu, gdyż narażającej na uszczerbek jego interesy. W efekcie powstają takie ciała i ustawy jak nowa rosyjska komisja historyków, która będzie oceniać teksty o historii ZSRR i jego roli w II wojnie i za treści nieprawomyślne, np. sugerowanie iż Katyń był ludobójstwem, zaś Stalin był sprzymierzeńcem Hitlera do czasu, gdy sam nie dostał odeń po łapach, ferować kary. W podobnym nurcie umieścić można turecki nakaz milczenia o ludobójstwie Ormian, a nawet uchylony polski zapis o karaniu autorów sugestii, iż naród polski brał udział w zbrodniach XX-wiecznych totalitaryzmów (choć wiadomo, że poprzez swoich pojedynczych przedstawicieli, brał).
Państwo nie powinno zajmować się historią, nie powinno w żaden sposób wywierać wpływu na kierunki badań, nie powinno wysyłać ani impulsów, ani nacisków. Niechaj ograniczy się do celebrowania swojej przeszłości i swojej symboliki. Wolność badań naukowych i szerzej wolność słowa ma cenę w postaci nieprawdziwych sugestii złych ludzi. Mamy jednak wystarczający arsenał, aby się im przeciwstawić w wolnej debacie. Używanie do tego kodeksu karnego kompromituje nasz wolnościowy porządek i demokratyczne wartości, staje się wymówką do głoszenia nieprawdy przez naszych wrogów i wygeneruje w końcu sytuację, w której poglądy historyczne będą się musiały zmieniać po przekroczeniu granicy, zaś państwa stoczą bój na swe „oficjalne wersje”. To będzie już tylko czysta propaganda. nikt nie będzie chciał pamiętać, jak było naprawdę.
67
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze