Z dużym zainteresowaniem śledziłem toczącą się na forum portalu polskaliberalna.netdebatę na temat stanu i przyszłości Partii Demokratycznej. Szczególnie że głos zabrali w niej dwaj młodzi i – jak rozumiem – zdecydowani pozostać w szeregach tej partii po ostatnim rozłamie działacze. W jednym z głosów przeważał ton pesymistyczny co do szans partii na odegranie znaczącej roli w polskiej polityce w przyszłości. Drugi był dużo bardziej optymistyczny, pełen woli działania i animuszu.
Co będzie?
Trudno jest oczywiście oceniać czy optymizm Jakuba Dubli ma jakąkolwiek podstawę. Biorąc pod uwagę stan partii i jej najświeższe losy, wręcz instynktownie chciałoby się rzec, że nie ma podstaw do optymizmu. PD jest partią, z której odeszła właśnie pokaźna grupa działaczy, prawdopodobnie około 40% spośród naprawdę aktywnych dotąd członków. Szczególnie bolesne muszą być rezygnacje niemal wszystkich znanych opinii publicznej nazwisk, posłów Lisa i Filara, Władysława Frasyniuka, Jerzego Hausnera czy Jana Lityńskiego. Jakub Dubla zaskakuje jednak, gdy właśnie z tego faktu czyni jeden z punktów uzasadniających swój optymizm, licząc na odmłodzenie partii i budowę pozycji przez nową generację liderów, na czele z Brygidą Kuźniak, Radosławem Popielą czy Agnieszką Kuncewicz. Te dotąd w najlepszym razie lokalnie znane nazwiska w naturalny sposób muszą teraz „ciągnąć” całą partię w skali krajowej, jeśli chce ona w przyszłości politycznie jeszcze się liczyć. Drugim głównym argumentem za optymistyczną wersją przyszłości Demokratów.pl jest planowany na wrzesień kongres programowy, na którym ogłoszony ma zostać nowy program partii (czas najwyższy – aktualny liczy sobie już ponad 4 lata i jest w sumie starszy niż szyld PD). Jakub Dubla wydaje się podekscytowany tym projektem, podkreśla że będzie to całkowicie i konsekwentnie liberalny tekst, zarówno pod względem obyczajowym (temat związków partnerskich czy legalizacji domów publicznych mają być tam obecne), jak i nawet ekonomicznym, co było w ostatnim czasie ewidentnym deficytem pedeckiego liberalizmu (podtrzymany ma zostać choćby postulat podatku liniowego, obecny w programie z 2005 roku).
Jak wspomniałem, trudno jest mi oceniać, czy rzeczywiście są podstawy do nadziei na odrodzenie PD. Szczególnie jest to niełatwe dlatego, iż od kilku tygodni nie jestem już członkiem Partii Demokratycznej i nie czuję się na tyle doinformowany, aby zupełnie kompetentnie to orzec. Kierując się przysłowiowym „chłopskim rozumem”, byłym skłonny stwierdzić, że odejście z partii najbardziej rozpoznawalnych polityków nie może być ocenione inaczej niż jako cios dla PD. W jakim stopniu „otwiera to szansę młodym”? Nie jest to chyba kluczowe, gdyż młodzi w PD już przed odejściem tych ludzi dość łatwo robili znaczące kariery wewnątrzpartyjne, co zresztą stawało się dla PD, zdaniem samego Dubli, problemem i zagrożeniem. Dziwne trochę, że z jednej strony wskazuje on palcem na dwudziestoparoletniego Krzysztofa Komana, do niedawna członka zarządu PD, jako przykład negatywnego aspektu „pochodu młodych” w partii, a z drugiej strony oczekuje, że teraz ów „pochód” stanie się tej partii największym atutem. Może nie tyle o wiek chodzi, a o konkretne nazwiska?
Na pewno jednak, ewentualne przyjęcie przez PD strategii budowy samodzielnej pozycji w liberalnym centrum sceny politycznej, czego wyrazem miałby chyba być nowy, konsekwentnie liberalny program, jest krokiem we właściwym kierunku. Zarzucenie tego kierunku kilka lat temu było, w mojej ocenie, bezpośrednią przyczyną upadku UW/PD. Jeśli ta strategia będzie realizowana konsekwentnie i nie przyniesie rezultatów, będzie to oznaczać, że została podjęta za późno, a nie że jest błędna.
Nieaktualność "propaństwowości"
W powszechnej ocenie problemy UW zaczęły się w latach 1999-2000, gdy nieumiejętnie wyszła ona z rządu Jerzego Buzka, pozwoliła swojemu ówczesnemu szefowi Leszkowi Balcerowiczowi na całkowite podporządkowanie wizerunku partii problemom ekonomicznym (czytaj: w praktyce bolesnym decyzjom) i nie wystawiła kandydata w wyborach prezydenckich. Efektem była eliminacja z Sejmu w 2001 roku. Jednak nadal była to wtedy dość silna partia, ze strukturami i dotacją budżetową. Klęska roku 2001 bynajmniej nie pozbawiła UW szans na powrót na scenę. Po okresie stagnacji i spowodowanego namacalnym szokiem nieróbstwa roku 2002, w 2003 Unia zaczęła wdrażać w życie koncepcję nowego pozycjonowania swojej politycznej oferty na fundamencie jasnego profilu ideowego. Na początku obecnej dekady wyraźnie wyczerpała się bowiem formuła partii wielonurtowej (wieloideowej), w której liberałowie, chadecy i socjaldemokraci z pięknym życiorysem solidarnościowym kują trudne kompromisy dla dobra państwa. Partia „propaństwowców” była naturalnym produktem czasu przełomu i pierwszych lat budowy nowego, liberalno-demokratycznego państwa. Osiągnięcie podstawowych celów, takich jak budowa gospodarki rynkowej, reorganizacja administracji lokalnej, unowocześnienie edukacji oraz wejście do NATO i UE (osiągnięte dopiero w 2004 roku, ale w zasadzie przesądzone w sensie zgody partnerów zachodnich już w latach 90-tych), zakończyło misję takiej partii, której spoiwem był etos walki z komuną i „cud roku 1989”. Polska scena, nadal daleka od europejskiej normalności, weszła w fazę powolnego, ideologicznego porządkowania, które nadal trwa. Zakłócił je już tylko spektakularny kolaps socjaldemokratów i przejściowe pojawienie się dwóch efemerydalnych partii protestu. Nie mniej koło przemian na scenie politycznej znacznie zwolniło, a projekty partyjne zaczęły wyraźnie przymierzać różnorakie szatki ideologiczne, doskonale znane z zachodnich demokracji. Także UW, aby przetrwać, musiała pójść tą drogą.
W mojej ocenie podjęła taką próbę, co często pozostaje niezauważone. Zmiana aliansu europejskiego i przejście do liberalnej ELDR w czasie kierowania UW przez Frasyniuka rozpoczęły proces przywdziewania Unii w standardowe szatki zachodnioeuropejskiego liberalizmu partyjnego. Zaczęła wykluwać się „polska FDP”. Z mojej osobistej, krótkiej rozmowy z przewodniczącym Frasyniukiem bodaj w 2004 roku na ten właśnie temat wiem, iż doskonale wiedział co robi i po co, dobrze rozumiał sens i celowość tej redefinicji UW z etosowej partii „propaństwowców” w rasowo liberalne ugrupowanie z homogeniczną ofertą ideologiczną. Do pewnego stopnia sukces w wyborach europejskich 2004 był tego efektem (główną przyczyną były jednak bez wątpienia mocne nazwiska liderów list) oraz szczęśliwa okoliczność polegająca na przesunięciu się PO w prawo, ku sojuszowi z PiS, w okresie intelektualnej dominacji Jana Rokity w partii, dzięki czemu UW uzyskała większe pole manewru na lewo od Platformy i większe szanse na sięgnięcie po liberalny elektorat.
Niestety, w roku 2005, gdy doszło do przekształcenia UW w PD, kierownictwo partii, być może wręcz instynktownie, ponownie zamazało profil ideowy ugrupowania i wróciło do nieaktualnej już koncepcji „propaństwowców”. PD z jesieni 2005 była partią dużo bardziej podobną do UW z roku 1995 niż UW ze stycznia 2005. Ku tej fatalnej pomyłce liderów Demokratów.pl skłoniły dwie rzeczy. 1) Nasilający się populizm idących po zwycięstwo konserwatystów z PiS i PO, który generował ogólne i mgliste, choć szczytne hasło „umiarkowania, rozsądku i odpowiedzialności za państwo” i wypchnął je na czoło kampanijnego przekazu PD w czasie, gdy elektorat uległ radykalizacji pod wpływem korupcyjnych ekscesów przedstawicieli rządzącej lewicy. PD nie trafiła w nastroje wściekłych wyborców i pozwoliła wizerunkowi „propaństwowca” przysłonić w zasadzie cały liberalny przekaz programowy. 2) Aby podkreślić swoje umiarkowanie, PD zaczęła kreować się na partię „historycznego kompromisu” pomiędzy „propaństwowcami” postsolidarnościowymi a „propaństwowcami” postpezetpeerowskimi, znów reprezentującymi różne nurty ideowe. Symbolem porzucenia liberalnej wyrazistości była fotografia trójki liderów partii, w której Frasyniuk reprezentował nurt liberalny, Mazowiecki nurt chadecki, a Hausner socjaldemokratyczny. Podkreślano „otwarcie” się partii „na obie strony”, na kongresie założycielskim dużo czasu poświęcono wystąpieniu byłego działacza SKL, który radośnie podkreślał, że jest konserwatystą (uprzednio tę rolę miał zagrać Janusz Steinhoff, ale ostatecznie do PD nie wstąpił). PD, 16 lat po fakcie, znów uczyniła przełom 1989 roku wiodącym elementem swojego przekazu kampanijnego, tym razem akcentując aspekt kompromisu obu stron przy Okrągłym Stole, którego nowym wydaniem miało być powstanie PD, jako wspólnej partii ludzi, którzy byli kiedyś po dwóch stronach barykady. Piękne, wzniosłe i uczciwe. Ale nieskuteczne – w 2005 roku troski i zainteresowania elektoratu leżały gdzie indziej.
Tymczasem właśnie wówczas, z PO mocną przechyloną ku prawej burcie, partia liberalna miała dobre szanse na powrót na scenę polityczną. Szczególnie że jej wynik sprzed roku do pewnego stopnia uwiarygadniał ją jako ugrupowanie z szansami, co redukowało zabójczy efekt syndromu „straconego głosu”. Przyjęcie Hausnera i byłych SKL-owców było jak najbardziej ok. Ale profil partii powinien był pozostać konsekwentnie liberalny. W końcu taki był jej program w tychże wyborach. Tyle że na program nikt nie zwrócił większej uwagi, jak to zwykle bywa. Kilka miesięcy później zmieniła się logika polskiej sceny politycznej. Wchodząc w totalny spór z PiS, Platforma przesunęła się ku centrum i przejęła elektorat liberalny. Od 2006 roku PO stale się rozrasta, a wyborca liberalny stał się jej wyborcą wiernym. Okno szansy dla partii liberalnej zamknęło się więc na przełomie lat 2005/6 i pozostaje na razie zamknięte.
Dwie różne drogi
Tym bardziej, że inaczej niż po porażce 2001, tym razem PD nie podjęła już nawet próby powrotu do strategii budowy samodzielnego ugrupowania liberalnego. Teoretycznie można było spróbować po raz drugi zrobić to samo, co niemalże udało się Frasyniukowi w latach 2003-05. Wtedy przejął on zdruzgotaną, pozaparlamentarną partię i przekształcił ją w ugrupowanie samodzielne, o klarownym profilu ideowym, aż projekt ten został porzucony tuż przed wyborami parlamentarnymi. Po roku 2005 zabrakło lidera, który mógłby defetyzm przezwyciężyć i skłonić struktury do podjęcia po raz wtóry takiego wysiłku. Szczególnie, że przyczyny klęski były różnie oceniane, nie brakowało i takich Demokratów.pl, którzy w liberalizmie upatrywali nie szansę, a przeszkodę. Pod flegmatycznym i pasywnym, a w dodatku sprawowanym z dalekiej Brukseli, kierownictwem europosła Janusza Onyszkiewicza PD okazała się być partią, w której tylko nieliczni uważali problem posiadania profilu ideowego za godny jakiejkolwiek uwagi. Przeważała niewiara w sens profilowania PD, co więcej, niewiara w szanse PD na odegranie jakiejkolwiek roli w przyszłości jako partii samodzielnej. Jedynym impulsem okazało się pragnienie uniknięcia dalszych porażek wyborczych. To zaś oznaczało paniczne poszukiwanie jakiejś konstelacji koalicyjnej, w której roztopiona PD mogłaby przetrwać i funkcjonować dalej, choćby i „na pół gwizdka”. Wobec aroganckiej odmowy ze strony naturalnego partnera, czyli PO, Demokraci.pl mieli tylko jeden wybór, czyli brak wyboru. Jeśli koalicja, to z SLD. Tak powstał LiD, w ramach którego partia stanęła do wyborów dwukrotnie, w 2006 i 2007 roku.
Zaangażowanie się w LiD było potwierdzeniem rezygnacji PD z budowy partii liberalnej. W koalicji z socjaldemokratyczną lewicą konieczne było schowanie ekonomicznego programu PD i odżegnanie się od wszelkich związków z neoliberalną myślą Hayka. Od tego momentu Demokraci.pl przestali funkcjonować w percepcji publicznej jako partia liberalna, przez liberalnych wyborców przestali być w ogóle brani pod uwagę. Klęskę tego środowiska przesądziło więc dopiero wejście do LiD. Od tego momentu Partia Demokratyczna nie miała już szans na samodzielne istnienie. Krok ku SLD spotkał się z całkowitym niezrozumieniem elektoratu centrowego, PD straciła niemal wszystkich wyborców UW/PD z lat 2004 i 2005, jej kandydaci nie mieli szans w starciu z lewicowcami na listach LiD, gdyż głosował na nie wyłącznie elektorat socjalny. Przegrał Jan Lityński, Marcin Święcicki. Bogdan Lis uzyskał mandat dzięki podziałowi głosów lewicy w okręgu gdańskim pomiędzy Jolantę Banach z SdPl i osłabioną zarzutami korupcyjnymi Małgorzatę Ostrowską z SLD. Nawet on miał dużo szczęścia.
Równolegle z odpływem wyborców trwał proces odpływu działaczy z prawego skrzydła partii, co na tym etapie oznaczało odejście autentycznych liberałów. Odeszło Młode Centrum, grupa działaczy powołała Forum Liberalne, które swoją drogą poniosło klęskę. Odeszli m. in. Marek Zieliński i Miron Sycz, dziś posłowie PO. Proces ten nie tylko oznaczał dezintegrację środowiska, ale także był wyraźnie „krwotokiem z prawej strony” partii. W efekcie „średnia wypadkowa” poglądów statystycznego członka PD przesunęła się mocno w lewo. Oczywiście w partii liberalnej, liberałowie nadal stanowili większość, ale sporo z nich odwoływało się do liberalizmu socjalnego, bliskiego socjaldemokracji. Dokonała się „socjaldemokratyzacja” PD.
Ostatnią, lecz bardzo niewielką szansą dla Demokratów.pl było usunięcie z LiD. Znów pojawiła się, jako jedna z teoretycznie możliwych opcji, strategia ukierunkowana na budowę samodzielnej partii liberalnej. Choć, nie oszukujmy się, tak jak w latach 2003-05 miała ona potencjał zakończenia się rychłym sukcesem, tak w roku 2008 oznaczać musiała „długi marsz” przez liczne porażki oraz wielki wysiłek dla całej struktury. Stało się to jasne po śmierci prof. Bronisława Geremka, a więc utracie najważniejszego lidera na wybory europejskie 2009.
Alternatywą dla owego, wieloletniego „potu, krwi i łez” była budowa kolejnej lewicowej koalicji. Można rzec „droga na łatwiznę” i wybór „frakcji prokoalicyjnych panikarzy” w partii. Ale to byłoby tylko częściowo sprawiedliwe. Jest bowiem faktem, że w PD roku 2009 sporą część działaczy, jeśli nie wręcz większość, stanowili ludzie autentycznie, z przyczyn ideowych, popierający ideę ścisłej współpracy z SdPl w postaci koalicji CentroLewica – Porozumienie dla Przyszłości. Tak czy inaczej, przeforsowanie udziału w PdP, czyli de facto kolejnym LiDzie, tyle że o wiele słabszym, przez nową szefową PD wraz z jej poprzednikiem spowodowało długotrwały i gwałtowny konflikt w partii, który zakończył się przed trzema tygodniami jej rozpadem i odejściem wianuszka liderów. Teraz najbardziej znane perspektywiczne nazwiska w PD to Kuźniak i Popiela. Dużą część środków budżetowych będzie na ich promocję musiała partia wydać, jeśli mają się oni do czasu kolejnych wyborów parlamentarnych w 2011 roku stać się dobrze rozpoznawalni.
Natomiast planowana, według doniesień Jakuba Dubli, liberalna odnowa programowa PD jest krokiem we właściwym kierunku, choć na pewno spóźnionym od dobre 3-4 lata. Ma nastąpić akurat teraz, gdy z partii odeszła większość tych działaczy, którzy otwarcie do poglądów liberalnych się przyznawali. Szczerość ideowego wyboru obecnej PD na rzecz liberalizmu kompromituje ponadto fakt, że ten program zostaje przedłożony teraz, gdy już wszystkie inne opcje i pomysły na zaistnienie polityczne, w tym szczególnie opcje koalicyjne, zostały wyczerpane.
W oczekiwaniu na nowy program PD
Spośród wymienionych przez Jakuba Dublę postulatów, które ma zawierać nowy program, jestem skłonny podpisać się pod każdym jednym. Co najmniej dwa z nich (legalizacja domów publicznych i zniesienie limitu prędkości na autostradach) zgłaszałem jako swoje pomysły dla hipotetycznej Liberalnej Partii Polski na swoim blogu kilka miesięcy temu (ciekaw jestem, czy blog odegrał jakąś rolę w inspiracji autorów programu PD). Ewentualnemu zwrotowi PD w kierunku liberalizmu będę, mimo powyższych uwag, przyglądać się z sympatią jako potencjalny wyborca. Niestety, dla mnie jako działacza PD zwrot ten przychodzi za późno. Od teraz będę o tej partii już pisywać tylko jako osoba z zewnątrz.
49
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (5)