Można wyobrazić sobie wprowadzenie parytetu dzielącego listy wyborcze na trzy części po 33%, z których po jednej musi przypaść każdej z płci, zaś trzecia część może zostać przez partie obsadzona dowolnie. Ponadto można ustanowić parytet 50% na konkretnych miejscach wyborczych, czyli pierwsze, drugie i trzecie miejsca na liście partii w połowie okręgów przypadają kobietom, a połowa mężczyznom. Na dalszych miejscach, częściej „niebiorących”, byłaby zaś większa swoboda dla partii, dzięki czemu zdolni, młodzi i ambitni politycy mieliby równe warunki rozwoju kariery bez płciowego handicapu czy preferencji. Partie sprzyjające parytetom z przyczyn ideowych mogłyby ustalić oczywiście nadal parytet 50%, „na suwak” od góry listy do dołu, a nawet wystawiać do 66% kobiet na wszystkich swoich listach. Rozwiązania te można czasowo ograniczyć na 10 lat, po czym przewidzieć powołanie komisji, która oceni realne skutki wprowadzenia tego rozwiązania.
Kompromis wokół parytetów
Z powodów, o których pisałem tutaj już parokrotnie, pomysł wprowadzenia parytetów dla kobiet na listach wyborczych partii politycznych za pomocą nakazu prawnego jest pomysłem niedobrym. Jest to forma państwowej ingerencji w wolną konkurencję wewnętrzną w partiach pomiędzy jednostkami-politykami, ścierającymi się ze sobą o rozwój własnych karier politycznych. Taka ingerencja nie jest uzasadniona i wypacza wynik konkurencji, predestynując nieraz jej rezultat, zmuszając partie do wystawienia kandydatów nie najlepszych, a tych, którzy mają odpowiednią płeć. W końcu, jest parytet postulatem ideologicznym z katalogu egalitarnej lewicy. Tymczasem partie to dobrowolne stowarzyszenia ludzi, których łączą poglądy polityczne oraz ideowe i którzy powinni mieć prawo do swobodnego organizowania się w struktury w sposób zgodny ze swoimi przekonaniami. Z tego względu pomysł parytetów to narzucenie partiom negującym egalitaryzm, na przykład konserwatywnym, rozwiązań ideowo im obcych. Tak samo można wyobrazić sobie, że prawica stara się narzucić partiom lewicy prawny nakaz wystawiania na listach przynajmniej 50% praktykujących katolików. Niech partie, które z przyczyn ideowych aprobują parytety, czyli socjaldemokratyczne, zielone, może i liberalne, wprowadzą je w swoim wewnętrznym statusie na zasadzie inicjatywy własnej. Niechaj zaś przeciwnicy tej koncepcji spod szyldu konserwatywnego czy chadeckiego mają prawo na to się nie decydować.
W obecnej formie, złożonej właśnie w Sejmie, ustawa o parytetach jest nie do przyjęcia. Rzadko mówi się o tym, że tak naprawdę wprowadza ona możliwość dyskryminacji w drugą stronę poprzez zapis, iż kobiety powinny stanowić na listach „co najmniej 50% kandydatów”. Oznacza to, że kobiety mogą stanowić na liście więcej niż połowę kandydatów, zaś mężczyźni takiego prawa nie mają. Ten zapis trzeba usunąć, ale ustawa nie powinna zostać odrzucona w I czytaniu. W tej kwestii możliwy jest kompromis i w pracach nad ustawą warto poszukiwać go wraz z inicjatorkami tekstu ustawy.
Można wyobrazić sobie wprowadzenie parytetu dzielącego listy wyborcze na trzy części po 33%, z których po jednej musi przypaść każdej z płci, zaś trzecia część może zostać przez partie obsadzona dowolnie. Ponadto można ustanowić parytet 50% na konkretnych miejscach wyborczych, czyli pierwsze, drugie i trzecie miejsca na liście partii w połowie okręgów przypadają kobietom, a połowa mężczyznom. Na dalszych miejscach, częściej „niebiorących”, byłaby zaś większa swoboda dla partii, dzięki czemu zdolni, młodzi i ambitni politycy mieliby równe warunki rozwoju kariery bez płciowego handicapu czy preferencji. Partie sprzyjające parytetom z przyczyn ideowych mogłyby ustalić oczywiście nadal parytet 50%, „na suwak” od góry listy do dołu, a nawet wystawiać do 66% kobiet na wszystkich swoich listach. Rozwiązania te można czasowo ograniczyć na 10 lat, po czym przewidzieć powołanie komisji, która oceni realne skutki wprowadzenia tego rozwiązania (we Francji mimo parytetów jest mniej kobiet w parlamencie niż w Niemczech, gdzie ustawowych parytetów nie ma). Ona mogłaby sformułować zalecenie przedłużenia obowiązywania ustawy, poszerzenia parytetu do np. 40 czy 45% lub jego zawężenia, albo i likwidacji.
Dyskusja na ten temat może się obyć bez emocji, a kompromis może być mądry i techniczny. Warto go poszukać, aby nie powstało ani wrażenie zignorowania środowiska kobiecego przez „szowinistycznych” polityków, ani zwycięstwa pewnej egalitarnej dogmatyki „dla zasady”.
CZYTAJ TEŻ:



Komentarze
Pokaż komentarze (8)