Włodzimierz Cimoszewicz zadeklarował, że raczej poprze Donalda Tuska w wyborach prezydenckich. Argumentował to faktem, że Tusk ma szansę wygrać z Lechem Kaczyńskim - a dla niego to absolutny priorytet. Cimoszewicz dodał, że jest w stanie współpracować z rządem w strategicznych sprawach, głównie w zakresie polityki zagranicznej. Mowa o radzie doradczej złożonej z byłych szefów MSZ lub intratnej posadzie w organizacji międzynarodowej. Niby jeszcze nic nie jest pozamiatane. Wszak Cimoszewicz powiedział, że jeżeli inny kandydat, będzie mógł zagrozić reelekcji Kaczyńskiego, to się zastanowi.
W SLD sztabowców ogarnia wściekłość. Fakt, że Cimoszewicz otwarcie przyznaje, że kandydat lewicy, Jerzy Szmajdziński nie ma szans, nie pomaga. Zresztą Cimoszewicza nie zaproszono na ostatnią konwencję Sojuszu, więc naturalną konsekwencją jest jego zbliżenie z premierem.
Widać wyraźnie, że Włodzimierz Cimoszewicz nie ma już pomysłu na bycie rozgrywającym w polskiej polityce. Brakuje woli i koncepcji. Ogromny kapitał sondażowy, jaki daje mu zmęczenie PO-PIS-em i własne cechy osobiste, chce wykorzystać dla wzmocnienia obecnego układu.
Zresztą już raz Cimoszewicz karcił SLD, słowami, że ten rząd zasługuje na wsparcie.
Konsekwencją obecnego zbliżenia Cimoszewicza i Tuska, jest przypieczętowanie stawianej przez publicystów tezy że w Polsce skończył się podział na postkomunę i postsolidarność. Partie polityczne chcą mieć po prostu najwięcej znanych, popularnych twarzy po swojej stronie. Patrząc uważnie na sondaże, będziemy w stanie wytypować bohaterów następnych miesięcy i przewidzieć nowe transfery.
Grunt, żeby wyborca pamiętał, że polityka to nie piłka nożna tylko narzędzie do zmieniania kraju.



Komentarze
Pokaż komentarze