Tu się wszystko zaczęło i tu się zapewne skończy. Właściwie mieszkałam w Warszawie całe życie za wyjątkiem tych czterech katowickich lat po Powstaniu, kiedy to „krowa” rozwaliła nasz żoliborski dom.
To był jednopiętrowy bliźniak na rogu Felińskiego i Mierosławskiego. My na piętrze, właścicielka z córką na parterze, dozorca (wtedy nie był to jeszcze ani gospodarz ani cieć tylko zwyczajny stróż) z żoną i trójką dzieci w półsuterenie. Mieszkanie było duże, piękne, ale też odpowiednio drogie i moich Rodziców nie było stać na czynsz, jako że wszystkie rodzinne kosztowności poszły do Niemca, który wyciągnął mojego Ojca z obozu. Postanowili więc odnająć dwa pokoje. Chętni znaleźli się niemal natychmiast. Pani Elza z panem Henrykiem i psem Dawidem. Nie ukrywali swego pochodzenia, mieli jednak znakomite papiery, tak dobre, że pani Elza pracowała w Arbeitsamcie. Do domu wracali niekiedy na noc, psa nie przyprowadzali prawie nigdy i właściwie jakby ich w ogóle nie było. Za to któregoś ranka zjawili się u nas trzej gestapowcy. Wyrazili niezadowolenie z powodu nieobecności naszych sublokatorów, którzy podobno nie pokazali się też w pracy i zapytali Mamę, czy wie, co grozi za ukrywanie Żydów, na co Mama grzecznie odparła, że skoro Niemcy zatrudniają panią Elzę tam, gdzie zatrudniają, to chyba jednak nie jest ona Żydówką, zaś brat pana Henryka jest kanonikiem. Na pytanie, w której bóżnicy nie potrafiła jednak udzielić stosownej odpowiedzi. Szkopy czegoś szukały. Przewróciły do góry nogami całe mieszkanie, nawet ziemię w skrzynkach na obu balkonach i w doniczkach przekopały widelcami. A potem sobie poszły. Ale następnego ranka wróciły i dalejże przekopywać skrzynki i doniczki. Po dziesięciu dniach Mamie znudziły się ich wizyty i poszła na skargę. Była nadzwyczaj piękną kobietą, wtedy jeszcze znakomicie ubraną, a ja uwielbiałam z nią chodzić, bo wszyscy się za nią na ulicy oglądali. A że niemiecki znała jak polski, widocznie dopięła swego, bo szkopy się więcej nie pokazały.
Z Żoliborza jeździliśmy często do Babci, która mieszkała na Marszałkowskiej przy Wilczej, od frontu tego domu, w którego podwórzu mieści się kino „Polonia”. (Czy w ogóle jest jeszcze to kino?) Zabawne, mój Ojciec mieszkał na rogu Wilczej i Marszałkowskiej, moja Mama na Wilczej, a poznali się w Jastrzębiej Górze i nigdy się przedtem nie spotkali.
Cóż to był za dom! Białe marmurowe schody z kokosowym chodnikiem, na półpiętrach ogromne lustra i ten zapach wielkiego miasta! Mieszkanie Babci składało się z sześciu pokoi, z których cztery odnajmowała studentkom i samotnym młodym urzędniczkom. Z tego żyła, bo mój Dziadek, wzięty adwokat, zostawił ją bez grosza, za to z moim Ojcem, który dopiero zaczynał studia. Poradzili sobie. Mój Ojciec przeniósł się z prawa na UW do Poznania, gdzie nikt nie kontrolował obecności na wykładach i znalazł sobie pracę w Wagons-Lits Company.
Z Żoliborza do Babci jechało się przez getto. Kiedyś zobaczyłam leżące na chodniku zwłoki przykryte gazetą. Zapytałam Mamę, czy Żydzi nie mają cmentarzy. „Oczywiście, że mają”, odparła Mama, „ale dla Niemców Żydzi to bydło”. Całkiem jak elektorat PiS dla pewnego „profesora” myślę dziś, wspominając tamtą rozmowę.
Potem płonęło getto. Moja Mama stała w oknie i płakała. „Tam giną ludzie, tacy sami jak my”, powiedziała i to było bardzo dziwne, bo zawsze twierdziła, że jest antysemitką. „Może tam ginie nasza dziewczynka”, dodała.
„Nasza dziewczynka” pojawiła się ni stąd ni zowąd któregoś popołudnia i poprosiła o kawałek chleba. Mama zaprosiła ją do kuchni, dała chleb i talerz zupy. Dziewczynka zjadła tylko trochę, wyjęła z torby słoik i zaczęła przelewać do niego zupę. Powiedziała, że coś już jadła, a oni – jej mama, babcia i młodszy braciszek –nie mają nic. I że tylko ona jedna z całej rodziny może wychodzić do Warszawy, bo nie jest podobna. Tak powiedziała: „do Warszawy”, jakby getto znajdowało się w jakimś całkiem innym mieście. Mama dała jej cały nasz chleb, resztę zupy i obiecała, że na jutro postara się o więcej. Dziewczynka przychodziła przez kilka tygodni, sama lub z tym malutkim braciszkiem, okutanym w wielką chustkę, żeby go jak najmniej było widać, bo on „był podobny” i to bardzo, a potem znikła i wszyscy zamartwialiśmy się, że jakiś szkop przyłapał ją, kiedy przechodziła przez dziurę w murze getta.
Taka to była z tej mojej Mamy antysemitka.


Komentarze
Pokaż komentarze (20)