Najnowsza, zremiksowana wersja opowiadania Imię twoje część świata, które drukowane było najpierw w Izraelu i następnie w Polsce w tomie moich opowiadań pt. TEN ZA NIM.
Zamówiony przeze mnie kotlet po kijowsku
przywędrował do mnie po 45 min. z Kijowa.
(Nabokov)
W podziemnym schronie przeciwlotniczym w Dizengoff Center otwierali wystawę obrazów i dziewczyna czekała na mnie koło pozłacanego posągu Buddy naturalnej wielkości, grzebiąc nerwowo nogą w trocinach na betonowej podłodze. Dotknęła mojego ramienia i przyciągnąłem ją mocno do siebie; przytrzymała się czegoś, żeby na mnie nie polecieć - patrzyła na mnie przez chwilę z przechyloną głową. Zostawiła samochód obok na dolnym parkingu.
Na rozświetlanej fleszami ulicy kombatanci RAF i Armii Czerwonej szli w nogę do rytmu werbli wybijanego przez skautów w krótkich spodenkach - kolorowe baretki odznaczeń i ręcznie malowane szyldy VE Day. W podwójnym rzędzie telewizorów na wystawie leciał stary western z facetami w kożuchowych kurtkach, z giwerami z przyciętymi lufami - zimowy zachód słońca nad Górami Skalistymi - totem indiański na lawinowym zboczu z ośnieżonymi świerkami.
Z zaciemnionej synagogi dochodził chóralny męski śpiew z waleniem w pulpity - zapłonął nagle wielki kryształowy żyrandol - oświetlając spocone kobiety z walcharzami stłoczone na balkonie. Po drugiej stronie ulicy chasyd w rogowych okularach zaglądał w okno podziemnej garderoby Hali Kultury, gdzie tancerki w różowych trykotach przymierzały baletki. Ich odbicia w zaparowanym lustrze na całą ścianę wyglądały w smugach światła jak na obrazach Degasa.
Wieżowce Giełdy Diamentowej - bezkolizyjne skrzyżowanie nad kanałem Ajalon - na dachach biurowców i warsztatów billboardy z pędzącymi wskazówkami zegarów dworcowych. Z przelotówki skręciliśmy w prawo do Bnej-Braku* i wąskimi zaułkami dojechaliśmy do piekarni “Wisznice” między marmurowymi frontonami jeszybotów oświetlonych pomarańczowymi jarzeniówkami. Kupiłem ciepłe bułki prosto z blachy u chasyda z pobielałą od mąki twarzą clowna cyrkowego - w samochodzie pachniało świeżym pieczywem.
Przyciskała mnie potem do siebie z całej siły i skręcona w połowie ciała obejmowała poduszkę, zatykając sobie nią usta; widziałem jej głowę na tle oświetlonego biurowca nad rozwianymi koronami palm. Na drugi dzień zawody tenisowe pod miastem. Siedzieliśmy wysoko na betonowej trybunie - ostre ścięcia znad głowy w grze podwójnej pań, które chuchały na rakiety jakby na Roland Garros. Po paru piwach Tel Awiw świetnie wygląda - nigdy nie widziałem tylu naraz fajnych spraw i to był całkiem niezły sposób na życie w tym kraju.
Włócząc się nieraz godzinami po Tel Awiwie odkrywałeś wciąż na nowo, że to jest normalna zbitka Manhattanu i Otwocka, Carskiego Sioła i żelbetowego socrealu, kolonialnych rezydencji i zapyziałego Orientu - niekoniecznie dlatego, że komuś na tym zależało, ale dlatego, że tak wyszło bez sensu; cholerny obłęd, myślałem, najlepszy postmodernizm jaki znasz, przyczajony i drapieżny.
Skoczyliśmy do knajpy w starym wagonie kolejowym. Przez cały czas o niej nie myślałem, a właściwie myślałem mało, i odechciało mi się opowiadać jej jakieś numery z wojska. Siedziała koło mnie w słomkowym kapeluszu z szerokim rondem - jakby trochę bokiem, w kwiecistej sukience z gołymi plecami - zmuszałem się coraz bardziej spokojnie, żeby o tym nie myśleć, i tamta samotność w terenie wydała mi się teraz łatwiejsza, i tak o tym myślałem.
Wygrzebywała zieloną sałatę ze szklanej michy, że normalnie kojarzyłeś zająca na zagonie i tak się do niej miałem - wszędzie już leżały jej kolczyki i pierścionki w większych ilościach, które pozdejmowała i poutykała pod różnymi solniczkami i stojaczkami z przyprawami. Wyciągnęła do mnie rękę jakoś powoli - głos jej łagodniał w takich momentach - trzymała rękę na stole, która nagle wydała mi się cholernie elegancka; patrzyłem na jej twarz - zamyślona uśmiechała się swoim fajnym uśmiechem; muszę już iść - powiedziałem, a ona poszła za mną.
Podwiozła mnie na plac parkingowy pod halą sportową Jad Eliahu**, gdzie w zapadającym zmierzchu czekałem na autobus, żeby wrócić do wojska. Arab z tranzystorem holował wbite w siebie wózki koszykowe pod hipermarketem i zapalili kolorowe żarówki na sznurach w górze. W hangarze warsztatu samochodowego sprawdzali ustawienie świateł i na zapleczu sali bankietowej koło odkrytego basenu z wieżą do skoków suszyły się białe kurtki kelnerów.
Facet w grubych okularkach z powiększonym zezem praptaka sprzedawał bejgele z sezamem pod oknami autobusów - płomień grilla chodził po kurczakach na wietrze. Zobaczyłem stragan z łaciatymi misiami i potem takie same "koale" sprzedawali na rozjeździe ukrzyżowane na pickupie z podwójną kabiną. Młode eukaliptusy na poboczu szosy w Negewie wyglądały w światłach wozów jak brzozy w Europie - czytałem kiedyś lub słyszałem, że koale narkotyzują się listkami eukliptusów i potem przysypiają na drzewach.
CDN
@
*Dzielnica ortodoksyjnych Żydów
** Obecnie - Hala Nokia




Komentarze
Pokaż komentarze (13)