Tytułowe, antydemokratyczne stwierdzenie jest cytatem. Według osoby, która je wypowiedziała, rządzący nie powinni uwzględniać opinii większości Polaków przy podejmowaniu działań politycznych. Ciekawy jestem, czy ktoś z czytelników odgadnie, kto ośmielił się głosić otwarcie taki autorytatywny pogląd. Czy to ktoś z komunistów, np. Róża Luksemburg, Feliks Dzierżyński lub Bolesław Bierut? A może któryś z przedstawicieli opcji prawicowej - Roman Dmowski, Bolesław Piasecki czy Jarosław Kaczyński? Na pewno poza wszelkimi podejrzeniami są najwybitniejsi politycy i intelektualiści polskiej, postępowej lewicy tacy jak Adam Michnik, Magdalena Środa czy Jan Hartman. Tytułowe słowa musiał przecież wypowiedzieć ktoś, kto chciałby wprowadzić w Polsce antydemokratyczną dyktaturę!
Spróbujmy zrobić portret psychologiczny autora tej wypowiedzi. Nie ulega wątpliwości, że osoba ta wyznaje jakąś ideologię, którą chce narzucić ogółowi niechętnych jej Polaków. Jest tak przekonana o jej słuszności, że nie bierze w ogóle pod uwagę zdania większości. Ma się ona podporządkować mniejszości i już! Na pewno ten człowiek nie jest zwolennikiem demokracji lecz dyktatury, może nawet w wersji totalitarnej. Można się spodziewać, że nie zawaha się przed sięgnięciem po każdy środek, aby narzucić większości Polaków pogląd wyznawany przez mniejszość, do której należy.
Osoba ta jest przeciwna temu, żeby prawo odzwierciedlało poglądy większości. Ma ono służyć realizacji wyznawanej przez nią ideologii, bo głosi ona wartości słuszne, absolutne, nienegocjowalne. Jeśli przepisy prawne nie są zgodne z jej założeniami, to należy je zmienić. Prawo ma służyć wychowaniu, nawróceniu większości. Ma pomóc we wcieleniu w życie społeczne jedynie słusznej ideologii wyznawanej przez mniejszość. Prawo jest legalne wtedy, gdy jest z nią zgodne. Wtedy dopiero, gdy ją w pełni odzwierciedla może zaistnieć w państwie praworządność.
Oczywiście wszyscy już z pewnością wiedzą, kto wypowiedział cytowane w tytule tej notki słowa. To Jan Hartman, jedna z najtęższych głów polskiej lewicy. Zrobił to kilka dni temu w Polsacie News, komentując wyniki sondażu, pokazującego, że 70 proc. Polaków jest za pozostawieniem krzyża w sali obrad sejmu. Hartman opinią większości w ogóle się nie przejął, bo uważa, że słuszność jest po stronie mniejszości, która chce jego usunięcia. Tak jak jego "postępowi" poprzednicy typu Luksemburg, Dzierżyński i Bierut uważa, że "to co myślą ludzie nie ma znaczenia". To jest masa, którą można dowolnie uformować. Wystarczy jedynie zdobyć władzę i narzucić większości słuszne przepisy prawne. A jednym z nich będzie nakaz usunięcia wszystkich krzyży z przestrzeni publicznej. Wtedy dopiero zapanuje w Polsce praworządność. I nikt już wtedy nie będzie musiał publicznie, tak jak niejaki INTEL-E-GENT na Salonie24, pytać: "Co jest ważniejsze - krzyż czy praworządność?" No tak, ale skoro "to co myślą ludzie nie ma znaczenia", to po co "postępowy" bloger o to pyta?



Komentarze
Pokaż komentarze (8)