Sojusz Lewicy Demokratycznej z Leszkiem Millerem na czele czeka taki sam los, jaki spotkał Unię Wolności, po objęciu przewodnictwa nad nią przez Bronisława Geremka. Przez kilka lat będą trwać głośne, przedśmiertne konwulsje partii postkomunistycznej, które zakończą się w końcu jej cichą śmiercią. Po nieboszczce nikt nie uroni łzy.
Przedstawienie pod nazwą "Ponowny wybór Millera na szefa SLD", to spektakl, który zakończyć się musi tak jak klasyczna tragedia grecka. Wszyscy grający w nim aktorzy oraz obserwujący ich widzowie wiedzą, że w jego finale nastąpi śmierć (polityczna oczywiście) głównych bohaterów. Nikt i nic nie może jej zapobiec. Mimo tej wiedzy, wszyscy z zaciekawieniem będą obserwać przebieg wydarzeń prowadzących do nieuniknionej katastrofy. Miller, główny bohater przedstawienia, dostarczy z pewnością wielu ciekawych wrażeń, zanim ostatecznie polegnie. A niektórzy z widzów do ostatniej chwili będą pewnie żywić nadzieję, że pojawi się deus ex machina i odwróci bieg wydarzeń. I SLD Millera przeżyje.
Nie sądzę, żeby to było możliwe. Działacze SLD nie mają nic do zaoferowania Polakom. Wszystkie najważniejsze lewackie hasła w sferze ideologicznej (antyklerykalizm, feminizm, geizm) ukradł im Janusz Palikot. To w nim lewactwo polskie widzi w tej chwili swego reprezentanta. W nim pokłada nadzieję na "unowocześnienienie" "zacofanej" obyczajowo Polski. Hasła socjalne SLD porzucił wtedy, gdy Miller jako premier ogłosił się zwolennikiem podatku liniowego i zaproponował cofnięcie dotacji dla barów mlecznych. Reprezentantem najbiedniejszych Polaków jest w tej chwili PiS. I nie ma żadnej szansy, żeby SLD Millera mógł przekonać do siebie socjalny elektorat.
Ta partia jest już nikomu, poza oczywiście jej działaczami, niepotrzebna. Tak samo było w przypadku Unii Wolności po odejściu z niej najdynamiczniejszej grupy z Donaldem Tuskiem na czele. Bronisław Geremek nie mógł przekonać do siebie młodego pokolenia Polaków. Nie miał także żadnych szans na zyskanie popularności wśród zwykłych zjadaczy chleba, z trudem wiążących koniec z końcem. To był już bohater minionych czasów. Musiał przegrać. I taki sam los czeka Millera.
Trwający już exodus działaczy SLD do Ruchu Palikota wkrótce się nasili. Część młodych polityków tej partii (np. Wojciech Olejniczak) pójdzie śladem Bartosza Arłukowicza do PO. Zostanie w niej jedynie stara gwardia, która trwać będzie przy Millerze zgodnie z powiedzeniem napoleońskich wiarusów: "Gwardia umiera, ale nigdy się nie poddaje". Postkomunistyczne Waterloo jest już jednak blisko. SLD, relikt minionej epoki, musi zniknąć.



Komentarze
Pokaż komentarze (15)