Wstąpienie Ludwika Dorna do klubu Solidarnej Polski nie tylko nie osłabia PiS-u, ale go wzmacnia. Ten polityk nie tylko nie przyciągał do tej partii wyborców, ale wręcz ich od niej odstraszał. Zbigniew Ziobro, Jacek Kurski i Arkadiusz Mularczyk, którzy tworzą nowe ugrupowanie, reklamowane jako ulepszony PiS, nie mają powodów, żeby cieszyć się z nowego nabytku. Jestem przekonany, że przysporzy im on wielu kłopotów.
Wprawdzie Dorn ogłosił się kiedyś reprezentantem "ludu pisowskiego", ale ta gołosłowna deklaracja była jedynie objawem jego wielkiego ego, a nie miała żadnego uzasadnienia w rzeczywistości. Świadczy o tym słaby wynik Dorna w tegorocznych wyborach, w których kandydował z 2 miejsca listy PiS-u w okręgu podwarszawskim. W głosowaniu poparło go tylko 18 tys. wyborców, co było dopiero 3 wynikiem wśród kandydatów PiS-u. Większe poparcie od Dorna miał nie tylko 1 na liście Mariusz Błaszczak (44 tys. głosów), ale także 5 Jacek Sasin (29 tys.). Wyborcom nie spodobały się jego przewyborcze happeningi, których wzory zaczerpnął chyba od Janusza Palikota czy Kuby Wojewódzkiego (w jednym z nich wysyłał tego ostatniego na ... Kubę!). Dorn, człowiek z racji wieku już przecież stateczny, prowadził swą kampanię tak, jakby był o jakieś 20 lat młodszy. Wskutek tego był zupełnie niewiarygodny. Nie przekonał do siebie ani starszych, ani młodszych wyborców o poglądach prawicowych. Pomysł, żeby próbować dorównać Palikotowi w walce na błazeńskie miny i gesty okazał się być zupełnie poronionym.
Dorn nie nadawał się na reprezentanta "ludu pisowskiego", bo to typowy polski inteligent, tymczasem z PiS-em utożsamiają się w większości Polacy słabiej wykształceni. W odróżnieniu od Jarosława Kaczyńskiego, nie jest on typem polityka dobrze wypadającego na wiecach. Nie potrafi nawiązać kontaktu z tłumem. To polityk, który świetnie się czuje w gabinetowym zaciszu czy na sejmowej mównicy, a nie w rozmowie ze zwykłymi ludźmi, którzy nie rozumieją finezji jego wyrafinowanych bon motów.
Teoretycznie Dorn mógł być główną inteligencką twarzą PiS-u. Mógł być politykiem, z którym utożsamialiby się inni polscy inteligenci. Tymczasem jako autor terminu "wykształciuchy" został okrzyknięty największym wrogiem polskiej inteligencji. I nie ma tu znaczenia, że ta łatka była nieprawdziwa. Równie wielkie szkody dla wizerunku PiS-u wśród inteligencji powstały, gdy Dorn "zabłysnął" rymowanką: "Pokaż lekarzu, co masz w garażu". Niechęć do PiS-u w inteligenckiej warstwie polskiego społeczeństwa jest w znacznym stopniu "zasługą" Dorna. Teraz to antyinteligenckie odium spadnie na przyszłą partię Ziobry.
Dorn to polityczny samotnik. Nikogo do Solidarnej Polski nie przyciągnie. Wypowiedź Mularczyka, że akces Dorna do tego klubu sejmowego świadczy o jednoczeniu się polskiej prawicy wokół Ziobry jest śmieszna. Równie zabawne jest jego stwierdzenie, że Dorna "cechuje duża intuicja polityczna". Czyżby jej objawem było przystąpienie w 2009 r. do Polski Plus, po której już dawno nie ma śladu? Zanim kilka miesięcy później założyciele tego ugrupowania postanowili wrócić do PiS-u, Dorn zdążył się już z nimi pokłócić! Sądzę, że podobnie może być w jego relacjach z założycielami Solidarnej Polski. Jakoś nie wydaje mi się, żeby Dorn chciał realizować scenariusze wymyślone przez Kurskiego, spin doktora tego ugrupowania. Wcześniej czy później zrobi on swym nowym kolegom jakiś numer, po którym trudno będzie im się pozbierać. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że z zachwytem cytowana przez antykaczystów wypowiedź Dorna, że Kaczyński otoczony jest politycznymi eunuchami, odnosiła się również do ... Ziobry!
PiS-owi ostateczne rozstanie się z Dornem może wyjść na dobre. W sejmowym klubie tej partii jest wielu nowych posłów, którzy mogą przyczynić się do odzyskania zaufania do niej wśród inteligencji. Krótki epizod rządów PiS-u pokazał, że wbrew tej warstwie społeczeństwa rządzić skutecznie w Polsce się nie da. Nawet po zwycięstwie w wyborach, partia Kaczyńskiego nie byłaby w stanie wcielić w życie swego programu politycznego bez poparcia znaczącej części polskiej inteligencji. A trudniej byłoby je uzyskać z Dornem, niż będzie bez niego. Dlatego parafrazując znane powiedzenie: "Baba z wozu, koniom lżej", można powiedzieć: "Dorn z wozu, PiS-owi lżej". Teraz problem z enfant terrible polskiej prawicy ma Ziobro, a nie Kaczyński.



Komentarze
Pokaż komentarze (99)