<b>"Niech się wino leje, niech trzaskają dzbany..." </b>
Pierwsze pod bramą przemaszerowały słonie. Dwie samice, potężny samiec i słoniątko. Udekorowane wstęgami purpurowej materii i suszonymi słonecznikami kroczyły dostojnym krokiem nie zważając na dojmujący chłód poranka. Na karkach dorosłych zwierząt siedzieli poganiacze i lekkimi dotknięciami trzcin trzymanych w prawych dłoniach przekazywali słoniom polecenia. Słoń jest zwierzęciem z natury posłusznym i łagodnym. Chyba że sobie wypije. Albo coś go zdenerwuje. Albo nie ma w swej naturze łagodności i posłuszeństwa. Te chyba miały.
Za słoniami wkolebała się jazda nubijska na wielbłądach. Miarowy ruch posuwisto-zwrotny na szczęście nie działał na doświadczonych jeźdźców womitalnie, za to na co niektórych widzów owszem. Groźne gęby Nubijczyków wykrzywiały się w przeraźliwych grymasach, białka ich oczu błyskały złowieszczo. Może po prostu byli głodni. Albo może było im zimniej niż słoniom i małpom, gdyż wielbłądy nic sobie z chłodu nie robiły, z niezmąconym niczym spokojem szły sobie wśród tłumu gapiów i pluły ludziom w twarz.
Wspomniałem coś o małpach? A tak, jak mogłem nie wspomnieć, małpy też były, wiezione w klatkach, zaraz za wielbłądzią jazdą. Ponuro patrzyły na ludzi i wypinały ku nim swe nagoczerwone zadki. Za małpami grupa niewolników z koszami pełnymi jadła, szli i rzucali w tłum placuszkami na miodzie, pieczoną rzepą i jajkami na twardo. Przynajmniej większość była na twardo. Za nimi Senartes, zarządca majątku Hiacynthusa Hippiasa, w osłonie złożonej z czterech zbrojnych strażników i Pustysedesa, szedł obok jucznego osła i sięgał w owe juki obiema garściami, by rzucać w tłum rozmienionymi przezornie na asy monetami. Następnie tragarze nieśli lektykę z wymienionym już Hiacynthusem, cierpliwie wysłuchującym entuzjastycznie pochwalnych okrzyków na swoją cześć.
Pochód podążył w stronę targu, gdzie czekały już namioty zastawione dobrem wszelakim natury kulinarnej, to jest rybami, owocami morza, jagnięciną na ostro i kwaśno, wieprzowiną w wawrzynach oraz potrawką z dzika na dziko. Święto Tomis rozpoczęło się!
Tak mogłoby w zasadzie być. Lecz tak naprawdę sygnał do rozpoczęcia Święta Tomis dał eksduplikarius Pustysedes, rozbijając dzban wina na łbie jakiegoś kmiota z prowincji, który nie ustąpił na czas miejsca w portowej tawernie wesołej gromadce złożonej z trzech mędrców, Hiacynthusa, Senartesa, Niobe oraz samego Pustysedesa. Po chwili cała tawerna rozbrzmiewała wesołym jazgotem tłuczonych naczyń i pękających mebli, a dźwięk ten uniósł się ponad port i z lekkim powiewem wiatru poszybował w szeroki świat, by nieść chwałę cesarskiego miasta Tomis...
---------------------------------------------------------
Szwendanie się po mieście od dzieciństwa było najbardziej ulubionym zajęciem Pustysedesa. No tak, w pewnym wieku doszły do niego inne ulubione zajęcia, jedne nad wyraz realne, jak picie wina lub naciąganie znajomych na drobne sumy (lub nieznajomych, na nieco większe), inne zaś były solennie zaplanowane i odsunięte w czasie na bliżej nieokreśloną przyszłość. Te inne w większości dotyczyły kobiet, bo choć eksduplicarius w ekstremalnych warunkach potrafił wykrzesać z siebie nawet coś na kształt dzielności (choć niektórzy sądzą że była to desperacja), to w stosunku do płci pięknej pozostawał bez względu na okoliczności dość nieporadny. Nawet jego wizyty u Marganesa, choć bardzo miłe, pozostawiały pod względem stosunków bilateralnych z płcią przeciwną pewien niedosyt. Bo trzeba przyznać, że choć panienki darzyły Pustysedesa uczuciem srogim i objawiającym się niezmierną czułością, to bez względu na wiek i pochodzenie rasowe każda odruchowo zamieniała się w Matkę Mezyjkę i bardziej interesowały je wytarte sandały lub plama na tunice byłego dowódcy straży Miejskiej Tomis, niż jego rozedrgane serce. No, powiedzmy że serce też.
Kilkakroć Pustysedes usiłował dać im do zrozumienia, że pranie to i owszem, chętnie, a i przytulenie do obwitego biustu bardzo lubi, ale w zasadzie to on by tak chciał zobaczyć to, co na fontannie Wenus ogląda regularnie, a i jakieś porady fachowe wraz z demonstracją i lekcją dla początkujących byłyby mile widziane. Ale czy to panienki nie grzeszyły domyślnością, czy też pustysedesowe pomruki były zbyt nieczytelne dla uszu przyzwyczajonych do komend jasnych tudzież zazwyczaj prostych (choć zdarzały się wyjątki, pewien młody arystokrata i jego hinduska księga śniły się im nieraz po nocach), dość że TA wspaniała chwila w życiu Pustysedesa jeszcze nie nadeszła, a i bogowie zakładali się czasem czy nadejdzie kiedykolwiek...
Więc szwendał się po mieście nasz Pustysedes, co nie było specjalnie męczące, bo choć miasto spore, to ktoś mierzący sobie dwa gradusy, pięć stóp i jeszcze palmus by je przemierzyć nie używa zbyt wielu kroków. Poza tym często zasiadał gdzieś na odpoczynek, a to przy handlarzu owocami, to w tawernie, to znów w gospodzie. A w koszarach dawni podwładni też miło go witali, zwłaszcza że Hiacynthus wypłacał mu stałą pensję, co od czasu zaniku władz w mieście było dla strażników miłym odstępstwem od codzienności.
Obecnie siedział sobie na workach z piachem w porcie, z zamkniętymi oczami wygodnie oparty o ścianę tawerny, lewym ramieniem czule obejmując dzban mezyjskiego. Jesienne słońce grzało całkiem mocno, pachniało rybią łuską i garum, mewy się darły, żebrak obok wejścia do tawerny popierdywał regularnie i głośno wydmuchiwał smarki. Słowem, sielanka.
-Nie, nie, nie! Ja płaciłem za podróż przed trzema laty! Teraz twoja kolej!
-No, ale już zapłaciłeś.
-Bo ten kupiec miał bardzo nieprzyjemny sztylet. I załoga wyglądała na niezłych zakapiorów.
-Każda załoga tak wyglada...
-Ale ta bardziej. Zakapiorowatość miała wypisaną na obliczach. I ten mały bez lewego oka oblizywał się tak jakoś łakomie. To co? Melek! Zwracaj sestercje!
-Ja? Dlaczego ja?
-Bo Beltszassar grał za swoje z tym chudzielcem ostatnim razem i jeszcze mu nie zwróciłeś!
Trybik zaskoczył gdzieś w brzuchu Pustysedesa ( a może w mózgu, wciąż trwają dyskusje uczonych i filozofów, gdzie właściwie rodzi się myśl), otworzył z nagła oczy, a potem i ramiona.
-Chłopaki! Wróciliście! Gasparus! Melek-Or! Beltszassar, czarny bracie!
Rzucił się w ramiona trzech przybyszów. Łzy szczęścia potoczyły się po zapadniętych policzkach. A na usta podążyły słowa, tak od lat oczekiwane:
-To co? Zagramy?
----------------------------------------------------------------------
-Nie mirrę, na co nam mirra? Sestercje postaw!
-Pustysedes ma moje sestercje...
-Pussi, kupisz ode mnie mirrę? Świetna jakość.
-Mam się zabalsamować? Hehehe...
-Możesz Hiacyntowi nią kadzić, hihihi...
-Chrypkę masz. Mirra jest dobra na chrypkę...I na zębów bolenie.
-Bolenie to w rzece pływają. A jego chrypkę wyleczy tydzień bez wina.
-Tydzień? Cały tydzień? Melek, dawaj tę mirrę.
-O, to nie jest tania rzecz...
Gra odbywała się w Villi Monica, w pomieszczeniu na piętrze, do tej pory zajmowanym przez Pustysedesa i z przyczyny jego często złego humoru wciąż nie wykończonym. Budowniczym dawno się znudziło obrywanie skorupami naczyń za zbyt głośne zdaniem lokatora tupanie świtem, czyli około południa. Stąd pokój zaścielała gruba warstwa gipsu i trocin, co zresztą nie przeszkadzało ani Pustysedesowi, ni jego gościom. Hiacynthus bowiem w ramach gościnności i starej znajomości zezwolił trzem wędrowcom na rezydowanie w jego domu.
-Widzieliście te dzierlatki w porcie? He, ale bym się zabawił!
-Rzucaj, zabawisz się wieczorem. O ile jeszcze będziesz miał za co.
-Ta jedna to na kapłankę wyglądała, nie?
-Egipską kapłankę, one nie są takie jak te rzymskie.
-Z rzymskich rzeczy tylko pieczeń lubię...
-Oj, zapaliłbym w jej piecu...
-Przestań, widzisz że Pussi się czerwieni!
-Hej, Pussi! Pójdziemy do Marganesa. Ja stawiam.
-Ty rzucasz, postawisz jak wygrasz. A tę czarna widzieliście? Jak bym ją tak za tą złap...
Gasparus zamilknął nagle. Bowiem poczuł na karku dziwne mrowienie, charakterystyczne dla mędrców przyłapanych na rzeczach przyziemnych. Powoli odwrócił głowę, a jego wzrok spotkał się ze wzrokiem znacznie młodszym, lecz o wiele przenikliwszym. Wzrokiem strasznym swą dociekliwością, uporem i niewinnością. Słowem wzrokiem dorastającej panienki. Pozostali trzej także skierowali wzrok na Fabię.
-Chrrr... Hmmm... Taaa... to jest tego... panowie... To córka mojego pana, Fabia...
-Niki wie, że grasz w kości Pustysedesie?
-Ogólnie, tak, w zasadzie... No gram to za dużo powiedziane, grywam raczej...
Szept Melek-Ora bardziej stosowny byłby na scenie: -Ładna, szelma...
Ale natychmiast tego pożałował, gdyż wzrok Fabii natychmiast przesunął się z Beltszassara na niego.
-A panowie to kto?
Świder ma wiele zastosowań. Można nim wiercić niezbędne otwory przy pracach ciesielskich. Można go położyć pod ręką i nie móc znaleźć przez cały rok. Można nim zatapiać wrogie okręty. Można go dołączyć jako niezbędny atrybut do czyjegoś wzroku... Melek-Or poczuł się zatopiony.
-W zasadzie mędrcy... To znaczy z zawodu... Teraz mamy wolne i tego... grywamy sobie... jak wolne mamy...
-Caiusie! Gajuszku! Choć tutaj! Tatuś wreszcie zatrudnił nauczycieli dla ciebie!
Pustysedes spojrzał bezradnym wzrokiem na towarzyszy.
-To nie moja wina... To ja może... To ja będę wieczorem u Marganesa...
--------------------------------------------------------
Pustysedes spacerował ulicami Tomis. To słowo najlepiej chyba oddaje czynność jakiej oddawał się zacny duplicarius, choć w języku oficjalnym nazywało się to "służba patrolowa". Wyszedł z budynku prefektury ledwo przed chwilą, po krótkiej lecz owocnej w słowa sprzeczce z Senartesem. Teraz podwizdywał sobie, bowiem sprzeczkę zakończył on, krótkim "kochany, jeszcze mam wolnych parę cel", po których to słowach Senartes uznał wyższość funkcji duplicariusa nad swoją. Poszło jak zwykle w takich sytuacjach o drobiazg, mianowicie kto dokona sprawdzenia zapisów rachunkowych tawerny w porcie. Pustysedes dowodził swego doświadczenia w tej materii, Senartes swych kwalifikacji księgowych. Wygrało doświadczenie, tym razem Senartesa, który raz już przebywał w podziemiach koszar tomijskich i uznawszy ową wycieczkę za zaliczoną, nie zamierzał odbywać jej ponownie.
A Pustysedes właśnie wolnym krokiem podążał w kierunku obiektu kontroli. Tym razem nie miał przy sobie strażników. Powiadomił ich jedynie o jakiej porze mają odnieść go do koszar.
Tuż za bramą portową zatrzymało go niewielkie zbiegowisko. Tłumek otaczał ubranego w poplamioną szatę starego Araba, który zamierzał się właśnie trzymanym między palcami nożem na dziewicę przywiązaną do drewnianej lady ustawionej na sztorc pod murem zewnętrznym. Zapewne duplicarius przeszadłby obok tego widowiska obojętnie, zwłaszcza że zza pasa Araba wyglądało w sposób mało kuszący kilkanaście kolejnych rękojeści sztyletów, lecz wzrok jego przykuł drobny szczegół, mianowicie pępek zasupłanej przy ladzie dziewoi. Nic dziwnego, prócz oczu był to jedyny skrawek ciała ofiary jako tako zauważalny spod zwojów materii. A że po chwili wzrok Pustysedesa oderwać od pępka się musiał, natrafił z braku lepszej alternatywy właśnie na te oczy. I tu stała się rzecz dziwna, doświadczony w wielu potrzebach (jakich, przez skromność naszego bohatera nie wymienię) wojak zmiękł. Dziwne to zjawisko rozpoczęło się od kolan duplicariusa, ogarnęło łydki by powrócić w postaci węzełka gdzieś o cal powyżej pępka strażnika. Oczka bowiem były, hmm, stolarskie; przewiercały jak żelazne wiertło, i co ciekawe nie wzrok a serce patrzącego.
Parę wieków później zakrzyknąłby "Avanti!", lecz teraz Pustysedes po prostu runął na Araba, po drodze wyszarpując miecz z pochwy. To znaczy, taki był zamiar Pustysedesa, lecz czy to łajno na ulicy nabrało śliskości większej niż zazwyczaj, czy też sandały duplicariusa wymagały już naprawy, dość że końcową część swej odsieczy przebył w pozycji horyzontalnej, z głową nieubłaganie zmierzającą do bliskiego spotkania z kamienną ścianą tawerny...
-------------------------------------------------------
<b> Duplicarius na dokształcie</b>
Pustysedes podniósł się z zydla, dolał oliwy do kaganka, westchnął i poprawił wciaż zwijający się (nomen omen) zwój papirusu.Niestety, władze zwierzchnie wymagały od podoficerów straży miejskiej stałego dokształcania się, tak z najnowszych zdobyczy techniki wojennej, jak i historii wojskowości. Na szczęście jedyny egzemplarz "Wojny peloponeskiej" do połowy zjadły szczury, więc przebrnął przez tę pozycję dość szybko, lecz teraz utkwił w trzecim rozdziale rozprawy dawnego dowódcy straży w Tomis, Feitusa Praecoxa, który jako praktyk sztuki wojennej nie zasłynął, za to zdobył sobie lokalną sławę jako taktyk-teoretyk. Litery zlewały się duplicariusowi w meandrujące wężyki, a łyk (kolejny) wina wcale nie skorygował ostrości wzroku. Ułożył więc wygodnie brodę na dłoniach przyciskających niepokorny papirus, by zmusić literki do grzecznego ruchu w pionie, skoro wachań poziomych nie dało się już zlikwidować. Noc była parna, powieki co raz opadały, lecz Pustysedes ambitnie trwał przy lekturze. Liczył bowiem na awans, oraz połączone z nim zamianowanie go na pełnoprawnego dowódcę Gwardii Miejskiej Tomis. Bowiem jak długo można być p.o.?
Pierwsze ptaki nieśmiało odezwały się wśród gałęzi drzew, gdy duplicarius przeszedł do rozdziału czwartego. Litery poczęły teraz przemieszczać się w dziwnych, zwinnych podskokach, miejscami zeskakując z papirusu, lecz duplicarius delikatnie naciskając gałkę oczną zatrzymywał stół i szybkimi trzepnięciami palców zaganiał je z powrotem.I dalej czytał:
"Rozdział czwarty: Mezyjska Fretka Bojowa - parametry i zastosowanie
Mustella nasza, potocznie fretką nazywana, co pod Tomis wzgórza zamieszkuje, a w szczególności południowe zbocze wzgórza zwanego dla swego barchanowatego kształtu przez miejscową ludność Kaczym Kuprem, niewiele od zwykłego tchórza się różni, choć jaśniejsza jest nieco, lecz dla swej odwagi od dawna inne miano nosi. Długości zwierzę to ma od półtorej do dwóch stóp, wraz z ogonem puchatym, na pół stopy długim, futerko miękkie i puszyste, z którego ciemni wieśniacy ciepłe paputki sobie na zimę sporządzają, co barbarzyństwem jest, gdyż fretka ta do zgoła szlachetniejszych celów służyć może. A wielce miłosne jest to zwierzę, gdyż w rui permanentnie bywa, czego wynikiem miot jest od 10 do 14 młodych mający, a że noszą samice je tylko dni czterdzieści, a zaraz po odchowaniu ochotę do figli przejawiają więc nic dziwnego że bogini Wenus zwierzę to jest w Tomis poświęcone. Tą chucią zresztą nasza fretka od innych się różni, bo gdy w innych stronach zwierzęta owe do dwóch miotów na rok miewają, te i do czterech potrafią na świat przynieść. Stąd pewnie niezwykła bojowość samców tego gatunku, bowiem zwyczajnym jest że gdzie chuć, tam i agresyja się pojawia. Choć dla ludzi miłe są wielce, oswajają się łatwo i stąd pomysł się wziął by na wzór słoni co Kartaginie ongiś w boju służyły, zaprząc je do machiny bojowej Miasta naszego. Bowiem znany jest zwyczaj tego gatunku do zagłębiania się we wszelkie nory, szczeliny oraz otwory, com postanowił dla obronności naszej wykorzystać. Gdyż odpowiednio wytresowane samce fretki, na nieprzyjaciela nacierającego wypuszczone, zwinnie omijając strzały i włócznie dopadną go całym stadem i za ubranie zręcznie wlezą, łaskocząc go niemiłosiernie tak łapkami jak i ogonem puszystym, którego to przeżycia każdy łacno sam doznać może, fretkę nietresowaną na siebie wypuściwszy. Nieprzyjaciel przez Mezyjską Fretkę Bojową ogarnięty chęci do boju już nie przejawia, raz z powodu śmiechu, który do walki nie nastraja, dwa, że od powyższego z sił opada i do boju nie jest zdatny, a trzy, że co bardziej ponury i do śmiechu nieskory nieprzyjaciel, natręta chcąc się pozbyć a to toporem a to mieczem we fretkę uderzyć zechce, a że przemieszcza się ona pod własnym ubraniem takowego gbura, łatwo sobie wyobrazić skutki owych ciosów. Wówczas dopiero załoga miasta w pole wyjść powinna, aby broń porzuconą przez zachichotanych zebrać oraz własnoręcznie zarąbanych pogrzebać, jako że trupy luzem na polu leżące zarazę jakowąś do miasta sprowadzić mogą. Konserwacji po boju fretka nie wymaga, do klatek wraca sama, jako że w nich samice trzymać należy, by przyjęły godnie bohaterów z boju powracających."
Tu głowa Pustysedesa o stół uderzyła z hukiem wielkim, budząc kura, który świt nad Tomis nastający światu obwieścił...
===============================
Przepraszam za błedy merytoryczne i językowe, ale pisane było to niemal z czata, ku radości mojej i znajomych ;)


Komentarze
Pokaż komentarze