Hac Hac
230
BLOG

Odkryłem nowego publicystę! Co będzie dalej?

Hac Hac Rozmaitości Obserwuj notkę 4

ChOdkryłem ciekawe pióro. To jego pierwsza notatka na Salonie24, wiec przytaczam w całości. 

 

Opinie o przemocy w szkołach. Wzorcowy przykład głupoty socjalistów, którzy myślą, że mają prawicowe poglądy.

Pogląd jakoby w minionych latach doszło do gwałtownego przyrostu przemocy i przestępczości w szkołach jest jedynym występującym w dyskursie publicznym. Prezentują go wszystkie telewizje, portale internetowe, dzienniki, tygodniki, zgadzają się z nim posłowie, ministrowie, wypowiadający się w mediach eksperci i specjaliści. Przedstawione opinie opierają się głównie na jednym argumencie. Wiara w jego prawdziwość oznacza bezmyślną wiarę w socjalizm.

W opinii świata medialno-politycznego państwo i jego instytucje, administracja są w stanie kontrolować całokształt życia społecznego, potrafią wyegzekwować każde uchwalone przez siebie prawo, mogą się o czymkolwiek dowiedzieć. Jest to przekonanie irracjonalne, ale nie zaskakuje, jeśli ma się kłopoty z samodzielnym myśleniem i wyznaje się ideologię totalitarną, która wierzy w rzeczy niemożliwe. Na imię jej socjalizm.

Czołowy publicysta prawicowy, który wierzy w socjalizm.

Rafał Ziemkiewicz uchodzi za jednego z najlepszych przedstawicieli polskiej publicystyki prawicowej. Co prawda każdy konserwatysta może zanegować twierdzenie jakoby poglądy neo-endeckie były przekonaniami czysto prawicowymi, jednak Pan Ziemkiewicz pozostaje poza oskarżeniami o sympatie socjalistyczne. Zwalcza on przecież propagandę mainstreamu, rozpoznaje „półnteligentów”. Nikt nie zarzuca mu, że potrafi myśleć podobnie jak ludzie, których atakuje.

Niestety dowodów na swoje lewicowe przemyślenia, które nie są poprzedzone myśleniem dostarczył on sam. Ponad rok temu zainteresował się problemem przestępczości w polskiej szkole. Postanowił wyrazić własne zdanie i latem 2012 roku na swoim blogu umieścił tekst pt., „Kto przeprosi Giertycha?”. Doczekał się on licznych komentarzy czytelników, niestety tylko bezkrytycznych, co wskazuje na powszechnie występujące otępienie. Redaktor Ziemkiewicz chyba i dziś nie wie jak bardzo kompromituje go ten wpis. Autor pisze o zjawisku przestępczości/przemocy w szkołach przedstawiając ją, jako dramatycznie narastający problem, z którym obecna władza nie próbuje walczyć. Następnie chwali Romana Giertycha byłego ministra oświaty, twierdzi, że podczas jego urzędowania, przestępczość w placówkach oświatowych spadła. Używając ostrych słów obwinia obecną ekipę rządzącą. Wyraźnie oburzonym tonem stwierdza, że ma miejsce eksplozja przemocy w szkołach, która jest winą Donalda Tuska, lewackich mediów, „europejskości”, „postępu”. Każdy może przeczytać rzeczony tekst i zastanowić się, co sprawia, że brakuje w nim logiki, a jednocześnie przepełnia go lewacka, „nowoczesna i postępowa” propaganda.

Ziemkiewicz przez cały swój wpis, „Kto przeprosi Giertycha?” atakuje obecny rząd, który jego zdaniem odpowiada za „szkolne bezhołowie”. Jeżeli rzeczywiście, w szkołach panuje bezprawie, to powinien logicznie założyć, że niewiele naruszeń prawa zostaje odnotowanych, w policyjnej statystyce. Takie samo podejście powinny prezentować media regularnie używające określenia „anarchia” i jego synonimów. Skoro jednak, jak twierdzą telewizje, dziennikarze „Rzeczpospolitej” czy red. Ziemkiewicz policja rejestruje wszystkie zdarzenia, to nie tylko daleko do stanu anarchii czy bezhołowia, ale wręcz ma miejsce totalna kontrola poczynań młodzieży, której skuteczność przekracza osiągnięcia wszystkich państw totalitarnych.

Dlaczego akurat polskie szkoły charakteryzuje niespotykana nigdzie na świecie, stuprocentowa zgłaszalność czynów karalnych? To fenomen, którego ja młody człowiek wyjaśnić nie potrafię. Przecież takimi sukcesami, jakie mają miejsce w naszym kraju nie poszczyci się żadne państwo świata, może jedynie w Korei Północnej takie cuda też się zdarzają.

Powody, które sprawiają, że Pan Ziemkiewicz napisał tekst na żenującym poziomie dziennikarza lewicowych mass-mediów powinny być oczywiste. Nie przedstawił żadnych logicznych argumentów popierających wysuniętą przez niego tezę. On sam sądzi inaczej, wszak podał, jako dowód statystykę policyjną. Wypisał kilka danych odnośnie poszczególnych rodzajów przestępstw, w kolejnych latach, które pochodziły z witryny Komendy Głównej Policji. Wszystkie jego kolejne stwierdzenia oparły się właśnie na rzeczonej statystyce. Wysuwane przez niego wnioski są niemożliwe do obronienia, na gruncie logicznym i empirycznym. Przyczyna jest bardzo prosta- policyjna statystyka kryminalna nie odzwierciedla rzeczywistości, gdyż nie uwzględnia przestępstw nigdy niezgłoszonych. Ziemkiewicz uznając, że statystyka jest równoznaczna z rzeczywistością, powtórzył jedynie to, co twierdzą faktycznie wszystkie media telewizyjne, radiowe, internetowe i dał najbardziej przekonywujący dowód swojej wiary. Mowa oczywiście o bezmyślnej wierze w utopijny socjalizm. Ogarnęła ona ogół „ośrodków informacyjnych”, w naszym kraju, podzielają ją publicyści, politycy, a nawet osoby deklarujące poglądy prawicowe, konserwatywne, nieufne wobec oficjalnej propagandy. Nie ma takowa wiara żadnego racjonalnego uzasadnienia, zaciekle wysuwane twierdzenie jakoby w szkołach miało miejsce tyle zdarzeń w jednym roku i określona ilość w następnym jest czystym absurdem. Dane policyjne o przestępczości w szkołach to bardzo ogólna statystyka obejmująca czyny zabronione osób nieletnich i dorosłych, uczniów, nauczycieli i osób postronnych. Samo określenie przestępstwa jest też umowne , gdyż niepełnoletni popełniają według polskiego prawa czyny karalne , które zawsze wliczane są do statystyki przestępstw. Kilkadziesiąt tysięcy zakazanych czynów jak bójki, pobicia, kradzieże, groźby karalne, przestępstwa narkotykowe, rozboje, słowne znieważenie nauczyciela, to bardzo mało jak na kraj, w którym uczniów jest kilka milionów. Oczywiście w rzeczywistości jest tych zdarzeń określonych, jako kryminalne znacznie więcej, co przekreśla wartość oficjalnych danych i oznacza, że nie ma dowodów na rzeczywisty pogorszenie stanu bezpieczeństwa. Media muszą jednak wypełniać swoją rolę, dlatego notorycznie straszą swoich odbiorców wizją szkoły pełnej agresji, która gwałtownie narasta, bo przecież statystyka policyjna określa rzeczywistość. Żeby do kolejnych rewelacji nagłaśnianych w prasie i telewizji podchodzić ostrożnie nie trzeba być inteligentem, ani też półinteligentem, wystarczy uruchomić logiczne myślenie. Komentarze medialne, wypowiedzi osób publicznych świadczą głównie o powszechnym zaczadzeniu socjalizmem. Jest ono szczególnie uderzające, gdy o temacie piszą takie portale jak Niezależna.pl, WPolityce.pl , tygodnik „WSieci” oraz kiedy czyta się opinie Rafała Ziemkiewicza. Okazuje się, że można być zacietrzewionym opozycjonistą, uważać, że w państwie panuje chaos, mieć powszechnie znane zdanie na temat jego funkcjonowania, a jednocześnie być przekonanym o jego wyjątkowej wszechmocy i wszechwiedzy. Oto III RP, bandyckie państwo, rządzone przez kryminalne elity, w którym ludzie giną w niewyjaśnionych okolicznościach, bliższe stanowi anarchii niż stabilności. Równocześnie, w opinii Ziemkiewicza ten sam kraj jest w stanie określić liczbę kradzieży, wymuszeń rozbójniczych, czy przestępstw narkotykowych w szkołach. Jego logika jest taka sama, jak mediów z socjalistycznych salonów- skoro w 2011 odnotowano w podstawówkach i gimnazjach 5760 rozbojów, 149% więcej niż kilka lat wcześniej to z pewnością ilość zarejestrowanych jest tożsama ze wskaźnikiem dokonanych. Kilkakrotnie użył on słowa odnotowano/zanotowano, jako synonimu, do dokonano/popełniono. Sądzi też, że 669 czynów naruszających „Ustawę o przeciwdziałaniu narkomanii”, musi oddawać skalę tego zjawiska, a policja złapie każdego ucznia z marihuaną, tak jak skrupulatnie wynotuję wszystkie bójki i pobicia. Przypuszczalnie zna też, przecież chyba nie wypowiedziałby się na temat, o którym nie ma pojęcia, definicje wszystkich przestępstw i czynów karalnych. Na pewno wie, że „przestępstwem rozbójniczym” może być wymuszenie na kimś oddania kilku złotych, a nawet paczki czipsów, zna dość szeroką definicję groźby karalnej, obrazy funkcjonariusza publicznego. Ziemkiewicz, tylko z sobie znanego powodu sądzi, że przyrost liczby czynów karalnych z ponad 17 do 29 tysięcy, musi być dowodem narastającego chaosu. Jest to powielenie twierdzeń wysuwanych między innymi przez mass-media oraz „Rzeczpospolitą”. Nigdy nie podano uzasadnienia, dla takowych poglądów, gdyż w szkołach podstawowych i gimnazjalnych uczy się ponad trzy i pół miliona uczniów, a liczby wszystkich czynów karalnych/przestępstw na poziomie kilkudziesięciu tysięcy są bardzo niskie, biorąc pod uwagę ich zakres i definicję. Gdyby faktycznie odpowiadały rzeczywistości, to można by polskie szkoły wychwalać i polecać, jako otwierające listę najbezpieczniejszych na świecie, należałoby oczywiście zauważać pojawiające się rysy na tym wizerunku, jednak nie mogłoby to zmienić ogólnej konkluzji, że uczniowie są niebywale spokojni, a miejsca, w których się uczą są bardzo bezpieczne.

Jedno jest pewne, poznaliśmy całkiem inne oblicze Pana Ziemkiewicza, uchodzącego dotychczas za wroga III RP. Okazuje się, że ten system nie tylko nie jest do niczego, ale musi być pod pewnymi względami „doskonały”, skoro zanotował osiągnięcia, niemożliwe do zrealizowania nigdzie indziej. Chyba to współpraca doskonałej policji z idealnym społeczeństwem sprawiła, że w naszym państwie spełniają się wizję Georga Orwella. Ziemkiewicz zamiast ciągle krytykować, mógłby napisać jakiś pean pochwalny na cześć III RP, co prawda czasem popełnia się przestępstwa, ale tylko w Polsce złapią każdego ucznia z marihuaną, wykryją każde pobicie. Takie wzorowe państwo powinno zostać należycie docenione, piórem kogoś, kto ciągle na nie pluje. Kraje zachodnie gdzie zgłasza się od kilku do kilkudziesięciu procent czynów zabronionych mogą tylko z zazdrością spoglądać na Polskę.

Podsumowując, Rafał Ziemkiewicz przedstawił swoim czytelnikom, dokładnie tą samą wizję, jaką mają jego koledzy z „Rzeczpospolitej” oraz cały świat socjalistycznych mediów. Polskie szkoły podstawowe i gimnazjalne ogarnął chaos, szaleją w nich bezkarni kryminaliści, bo popełniany jest niewiele ponad jeden czyn karalny na jedną placówkę (jeden w przeliczeniu na więcej niż stu uczniów) , rozlewa się fala narkomanii bo zanotowano 669 przestępstw narkotykowych, zaś rozbojów stwierdzono 5760 , czyli niewiele ponad jeden na cztery szkoły, a więc panuje fala brutalnej przestępczości . Polskie dzieci i nastolatki żyją w dziczy, ale za to policja jest niezawodna i dowiaduje się o ich każdym czynie zabronionym. Gdyby rząd zaostrzył kary, dla bandytów, w szkole z pewnością zapanowałby spokój. Pan Ziemkiewicz pisząc swój tekst swoich przemyśleń nie poprzedził procesem myślenia, ale też nie zastanowił się nad nimi później. Kilka miesięcy później podczas rozmowy w telewizji „Superstacja” wymienił narastającą przestępczość w szkołach, jako jeden z najważniejszych problemów, z którym rządzący nie robią nic. Skoro, dla niego to tak ważna kwestia, to powinien nadal ją poruszać. Może zechce się jeszcze wypowiedzieć i próbować wyjaśnić podane przez siebie tezy. Jak na razie wszystkie podane przez niego można obalić. Pomóc w tym mogą ministrowie oświaty IV RP, którzy socjalistami się nie czują i uważają się też za kompetentnych i inteligentnych.

Wiara w statystykę to wiara w socjalizm. Wierząc w socjalizm stajesz się socjalistą.

Specjalistów od edukacji, wychowania młodzieży, ekspertów od przemocy w szkołach mamy mnóstwo. Każdy znakomicie obeznany z tematem. Najbardziej wiarygodni to oczywiście byli ministrowie edukacji i ich zastępcy. Roman Giertych, Mirosław Orzechowski, Sławomir Kłosowski oraz Ryszard Legutko. Każdy z nich sprawował urząd między 2005 a 2007 rokiem, wszyscy chętnie oceniają dziś poczynania aktualnej minister.

Wmówienie części opinii publicznej poprzez najróżniejsze ośrodki opiniotwórcze, iż istnieją jakieś instytucje państwa, które zajmując się określoną tematyką są w stanie dowiedzieć się wszystkiego, cokolwiek zarejestrować to jeden z wielu żywych dowodów na triumf socjalizmu nad rozumem i rozsądkiem.

Giertych nieustraszony pogromca szkolnych bandytów, kierował ministerstwem ponad rok. Dziś chwalą go w „Rzeczpospolitej”, przepraszać go każe Rafał Ziemkiewicz, („Kto przeprosi Giertycha?”). Pod wymyślony przez niego program ” Zero tolerancji dla przemocy w szkole” podpina się PIS ustami swojego byłego wiceministra oświaty Sławomira Kłosowskiego. W opinii Giertycha jego program miał czerpać z klasycznej pedagogiki i tradycyjnego wychowania. Jednak trudno znaleźć w nim cokolwiek, co potwierdzałoby jego słowa. Elementy konserwatywne jak możliwość powrotu kar fizycznych czy rozdział klas na męskie i żeńskie nie zostały wprowadzone do owej strategii. Pojawił się za to obowiązek informowania policji o każdej bójce, do której doszło w szkole, czyli jednak euro- komuna lepsza od konserwatyzmu. Ten bezsensowny przepis został utrzymany przez kolejne kierownictwo ministerstwa.

Roman chęci miał wielkie, pomysłów dużo, ale nie potrafił ich poprawnie realizować. O problemach, z którymi miał się mierzyć zbyt wiele nie wiedział, dużego pojęcia o funkcjonowaniu edukacji też nie miał. Samemu diagnozował przyczyny zdarzeń określanych, jako kryminalne jak bezstresowe wychowanie, przemoc w telewizji, grach komputerowych, dostępność pornografii, potępiał liberalną pedagogikę, (która w rzeczywistości jest socjalistyczna i nie ma wiele wspólnego z liberalizmem). Gdyby Giertych chciał się czegoś dowiedzieć o przestępczości nieletnich, mógłby sięgnąć choćby po informację od policjantów, sędziów, kuratorów oraz dyrektorów zakładów poprawczych. Dowiedziałby się, że trafiają do poprawczaków tylko osoby z bardzo patologicznych domów, a opowieści o normalnej młodzieży staczającej się aż do takich miejsc są mitem. Powiedziano by mu także, że dosłownie wszyscy podopieczni pochodzą nie z rodzin pełnych, lecz rozbitych lub tworów para-rodzinnych jak konkubinaty, w bardzo dziwnych postaciach. On i inni politycy mogliby taką wiedzę potem wykorzystać, przy obronie instytucji małżeństwa.Chciał tworzyć specjalne ośrodki, gdzie trafiałaby nieskazana młodzież sprawiająca trudności wychowawcze, między innymi uczniowie często wagarujący. Na planach się skończyło, a on sam nie potrafił nawet wyegzekwować obowiązku szkolnego. Nie jest tajemnicą, że zdarzają się dzieci, które go nie realizują. Przez lata realizacja przymusu szkolnego opierała się na domniemaniu, że dzieci chodzą do szkoły, odpowiednie urzędy często nie reagowały lub też spóźniały się całymi latami. Mniejszość romska w Polsce jest najlepszym przykładem potwierdzającym, że państwo dopiero w minionych latach zaczęło dość gorliwie egzekwować ten obowiązek. W roku 2006 sytuacja była nieco inna. Przed kamerami TVN-u występowali Cyganie, którzy oznajmiali, że ich kilkunastoletnie dzieci do szkoły nie chodzą i nie pójdą. Skoro nie mieli oporów by wypowiadać się w telewizji, to zapewne nie obawiali się zainteresowania ze strony policji, kuratorium ani też wizyty opieki społecznej, która zabierze im ich dzieci. Dziś takie zachowanie nie wydaje się możliwe, podobnie jak chwalenie się, według prawa pedofilskimi małżeństwami Romów z dwunastolatkami, trzynastolatkami, ale tak wyglądała Polska ledwie kilka lat temu.

W opinii Giertycha inną przyczyną szerzącej się przemocy wśród uczniów jest istnienie gimnazjów. Często wszak powtarza się twierdzenia jakoby był to moment przełomowy, od którego jest coraz gorzej. Z byłym ministrem zgadza się Paweł Kowal. Jego partia rozpoczęła nawet zbieranie podpisów pod projektem likwidacji gimnazjów. Szef PJN uzasadniał akcje stwierdzeniem, że nie ma podawanych przez ekspertów argumentów za ich utrzymaniem- z wyjątkiem tych finansowych i organizacyjnych. Skoro te powody nie są wystarczające, to, jakie w jego opinii są przesłanki za zmianą? Otóż są nimi powszechna agresja i przestępczość w szkołach. Kowal twierdzi, że powrót do ośmioletniej podstawówki lub stworzenie dziewięcioletniej szkoły poprawi bezpieczeństwo uczniów i ochroni je przed narkotykami. Powołuje się przy tym na stwierdzenia jakiś nieokreślonych ekspertów. Nie wiadomo czy owi „specjaliści” cokolwiek wiedzą o temacie, na który się wypowiadają, brak też logicznych podstaw by twierdzić, że mają rację. Można za to domyślać się, iż gdyby jakimś cudem ów pomysł zrealizowano, to autor, po pewnym czasie znowu byłby niezadowolony. Odkryłby, że starsza młodzież może zaczepiać młodszą, więc obwiniłby Ministerstwo Edukacji i ogłosił, że potrzebne jest rozdzielanie uczniów lub jakieś nowe strategie. Oczywiście Paweł Kowal nieustannie powołuje się tylko na statystykę policyjną. Do omawianego tematu powraca regularnie, problem przestępczości w szkołach wymienił, jako jeden z trzech najważniejszych, obok sytuacji demograficznej i bezrobocia. Podobnie jak Ziemkiewicz oraz lewicowe media uważa, że w polskiej szkole panuje chaos, choć statystyka, na którą się powołuje zdecydowanie temu zaprzecza. Winę, co wiadome, ponoszą minister edukacji oraz istnienie gimnazjów.

Gimnazja powstały w roku 1999. Polska była wówczas całkiem innym krajem, zaś przez ostatnich kilkanaście lat społeczeństwo przeszło dość szybką transformację cywilizacyjną. W latach dziewięćdziesiątych Instytut Wymiaru Sprawiedliwości przeprowadził kilkukrotnie na terenie całego kraju badania wiktymizacyjne. Ich wyniki mają prawo być zaskakujące dla ludzi młodych, którzy nie byli wówczas dorośli i tych czasów nie pamiętają, ale nie dla polityków w średnim wieku, którzy powinni posiadać jakąś wiedzę na temat codziennej rzeczywistości. Badania wskazywały jednoznacznie, że wówczas rokrocznie kilkadziesiąt procent społeczeństwa padało ofiarą czynów kryminalnych, zaś po porównaniu ze statystyką policyjną okazuje się, że zgłaszano wówczas zaledwie jedno na kilkadziesiąt przestępstw pospolitych. O ile fakt, iż bardzo rzadko rejestrowano kradzieże rzeczy, roweru, a także pobicia, rozboje, dewastacje pojazdu nie jest czymś szokującym, to jednak bulwersuje, iż w naszym kraju większość włamań do mieszkań nie była zgłaszana na policję, której bardzo rzadko przekazywano informację o utraconych motocyklach, masowo padających łupem złodziei. Bardzo wymowny jest fakt, że nie rejestrowano większości kradzieży samochodów, niepoinformowanie o takim zdarzeniu może mieć bardzo negatywne konsekwencje dla poszkodowanego. Mniej profesjonalne ankiety w zakresie wiktymizacji przeprowadzane są od dwóch dekad regularnie, także przez ośrodki badań opinii publicznej. Rezultaty między innymi kilkukrotnie prowadzonych przez Instytut Wymiaru Sprawiedliwości zakwestionowały powszechnie wyznawaną opinię o gwałtownym wzroście przestępczości po upadku PRL, wskazując na powolny spadek i wyraźnie narastającą tendencję do informowania organów ścigania. To badanie oraz sondaże prowadzone, w latach dziewięćdziesiątych i na przełomie wieków, wskazywały, że kilka procent, szacunkowo około miliona polaków pada, co najmniej raz w roku ofiarą napaści rozbójniczych dokonanych na ulicy, a większa część mieszkańców miast boi się spacerować po zmroku nawet w okolicy swojego miejsca zamieszkania. Jednocześnie w roku 2000 formalna liczba rozbojów, napaści rozbójniczych i wymuszeń rozbójniczych wyniosła 53 533. W 2001 roku Ministerstwo Spraw Zagranicznych Wielkiej Brytanii ostrzegało swoich obywateli przed podróżami do Polski, umieszczając nasz kraj na liście niebezpiecznych, w skali kontynentalnej. W Polsce to oświadczenie przeszło bez echa, nie objawił się żaden polityk ani komentator, który próbował udowadniać, że w naszym kraju jest spokojniej niż na wyspach, gdyż nie kwestionowano, że statystyka policyjna ma wartość papieru toaletowego. Tak w kilku zdaniach można opisać, przestępczość i jej wykrywalność w Polsce w latach dziewięćdziesiątych i około roku 2000, gdy pierwsze roczniki młodzieży przekraczały owe rzekomo straszne gimnazja. Należy, więc zadać wszystkim, którzy powołują się na statystykę proste pytanie. Czy istnieje jakiś logiczny argument by sądzić, że w szkołach było inaczej niż wszędzie poza nimi? Oczywiście pozostanie ono bez odpowiedzi, gdyż wierzący w statystykę wiedzy potrzebnej by sformułować jakąś opinię nie posiadają.

W pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku doszło w naszym kraju do szybkich zmian. Przeprowadzane kilkukrotnie pod koniec ubiegłej dekady Polskie Badanie Przestępczości stwierdza, iż prawdopodobieństwo zgłoszenia na policję włamania do mieszkania, czy kradzieży samochodu wzrosło do wyników rzędu 80-90%. Oczywiście takie wskaźniki rejestracji dotyczą tylko tych poważnych zdarzeń. Jak wskazują rezultaty badań nadal większość obywateli, którzy padli ofiarą rozbojów, włamań innych niż mieszkaniowe, kradzieży, pobić nie informowało o tym organów ścigania, choć prawdopodobieństwo zgłoszenia wzrosło wielokrotnie. Od tego czasu minęło kilka lat, więc prawdopodobne, że wskaźnik stwierdzeń nadal rośnie, tak jak wykrywalność sprawców.

Równoległe według statystyki liczba kradzieży mieszkaniowych spadła między 1999, a 2012 z 210 do 55 na 100 tys. mieszkańców, zaś przy kradzieżach prywatnych samochodów osobowych wskaźnik zmniejszył się ze 193 do 40 na 100 tys. mieszkańców. Skoro więcej jest zgłaszanych to spadek przestępczości w minionych kilkunastu latach jest znacznie większy niż stwierdza to statystyka. Spadła także liczba stwierdzonych zdarzeń z tzw. drobnej przestępczości, choć prawdopodobieństwo poinformowania o nim jest, w każdej kategorii, co najmniej kilkukrotnie większe. Niegdyś niebezpieczne ulice przeciętnych polskich miast są dziś uważane przez większość społeczeństwa za miejsca spokojne i bezpieczne. Zmieniło się i w szkołach. Przykładowo, w gazetach, portalach internetowych można znaleźć informacje, o kradzieży telefonu komórkowego na terenie szkoły, przyjeździe policji, przeszukiwaniu dzieci i ujęciu złodzieja. Niegdyś, o takim zdarzeniu, można było donieść, ale policjanci zapewne ograniczyliby się do przyjęcia zgłoszenia, nie widzieliby powodu przyjazdu na miejsce skoro sprawca nie jest znany. Szkoła stopniowo utraciła także swoją autonomię. Najpierw zakazano kar fizycznych wobec uczniów, następnie umasowiono kształcenie średnie i doszło do czegoś zbliżonego do demokratyzacji. Ale równocześnie instytucje te zaczęły podporządkowywać się obowiązującym je przepisom, dzięki czemu normalny niegdyś widok nauczyciela pod wpływem alkoholu wypitego podczas przerwy dziś jest sensacją nagłaśnianą przez media i powodem utraty pracy. Obniżono radykalnie wymogi maturalne, a jednocześnie zaczęto egzekwować zakaz „ściągania” podczas tego egzaminu. Przez kraj przelewa się fala uczniów z ADHD, dysleksją, dysgrafią, dyskalkulią, wskaźniki zapadnięć wyrównały się już na wsiach i w miastach.

Nic dziwnego, że zaczęto zajmować się w Polsce takimi problemami, jak przestępczość w szkołach, wcześniej nikogo one nie interesowały. To chyba logiczne, że jeśli przeciętny obywatel nie czuje się bezpiecznie, uważa istnienie złodziejstwa za coś normalnego, to nie będą go emocjonować czyny karalne bądź agresja w szkole jego dzieci. Przebicie problemu przemocy w szkołach do dyskursu publicznego, które miało miejsce w ubiegłej dekadzie, było możliwe tylko dzięki poprawie stopnia bezpieczeństwa, w całym kraju. To oczywiste, tak jak pewne jest, że gdyby w Polsce połowa mężczyzn biła swoje żony, to mass-media praktycznie nie zajmowałyby się owym tematem. Giertych w roku 2006 był w pełni świadom tego, że niewiele zdarzeń określanych, jako kryminalne jest zgłaszanych na policję i zakładał, że jego program sprawi, iż będzie ich więcej. Mówił o tym otwarcie, a założenia do jego strategii miały to umożliwić. Giertych jest dziś chwalony za spadek statystyki szkolnej przestępczości. Media, które go podziwiają, zaś atakują obecnie kierownictwo ministerstwa nie zdają sobie sprawy, że ich opinie można odwrócić. W roku 2007 odnotowano mniej przestępstw/ czynów karalnych niż w poprzednim, choć miało ich być więcej. Jego program „Zero tolerancji dla przemocy w szkole” oczywiście skończył się fiaskiem. Stało się tak, ponieważ autor uwierzył, że może samemu coś zmienić odgórnie, udanie realizując koncepcję centralnie sterowaną. Nie wzięto pod uwagę czynnika lokalnego, wiele szkół bało się informować o dokonanych tam czynach zabronionych, gdyż obawiało się konsekwencji, za to, że do nich doszło. W pewnej małomiasteczkowej szkole na Śląsku uznano nawet, iż nie ma potrzeby oficjalnego zgłaszania próby zabójstwa nauczyciela. Dziś Giertych usiłuje ponownie wypłynąć na scenę polityczną, chwyta się każdej możliwości, więc chwali się wycofanym przez kolejny rząd programem.

W kolejnych latach następuje wzrost liczby przestępstw w szkołach z ponad 17 tys. w 2007 do więcej niż 28 tys. w 2011. Stało się to powodem pretensji całego środowiska mediów, komentatorów, ekspertów, specjalistów, polityków partii opozycyjnych. Równolegle zwiększyła się ogólna ilość zarejestrowanych czynów karalnych nieletnich. W 2007 stwierdzono ich ponad 78 tys., a w 2011 przekroczyła barierę 101 tys. Jednocześnie zmniejszeniu uległa liczba sprawców, gdyż w roku 2007 postawiono zarzuty 54 747, a w 2011 49 654. Zaniepokojenie przestępczością młodocianych wyraził Paweł Kowal, który przeczytał „Raport o stanie bezpieczeństwa-2011”. Gdyby przeczytał inne sprawozdania to uzyskałby informację, że zarejestrowano w 2011 liczbę 12 438 rozbojów dokonanych przez małoletnich (w 2007- 7511) za które zarzuty otrzymało 3832 osób (w 2007-5129). 4400 zatrzymanych z Ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii ma na swoim koncie ponad 20 tysięcy przestępstw narkotykowych. Za wzrost odpowiada właśnie więcej zanotowanych przestępstw narkotykowych, rozbójniczych, bójek i pobić, wprowadzenie nowych rodzajów obrazy funkcjonariusza publicznego. Ale już liczba przypisywanych nieletnim włamań nieprzerwanie spada choć są one częściej zgłaszane i więcej sprawców zostaje wykrytych. W większości najczęstszych kategorii czynów karalnych, widać tendencje spadkowe w ilości oskarżanej młodzieży, przy zwiększonej liczbie odnotowanych zdarzeń. Jakby Paweł Kowal sięgnął do poprzedniego „Raportu o stanie bezpieczeństwa”, za rok 2010 to dowiedziałby się, że owe zmiany w cyfrach są wynikiem specjalnej strategii policji zmierzającej do zwiększenia wykrywalności czynów karalnych i właśnie ta służba uznaje je za swój sukces.

Wyjaśnieniem rzekomego wzrostu przestępczości nieletnich, trwającego do 2011 roku jest pojawienie się skłonności do mnożenia zarzutów oraz badanie czy dana osoba w przeszłości również dokonywała czynów karalnych.

„Uczniowie czują się coraz bardziej bezkarni i przesuwają granice swoich działań niezgodnych z prawem” – opinia Sławomira Kłosowskiego, wiceministra edukacji w rządzie PIS. Na pewno nie jest przyczyną bezkarność, co sugerują Kowal, Giertych, Kłosowski oraz Ziemkiewicz, gdyż tylko niespełna cztery tysiące małoletnich oskarżonych popełnienie czynu karalnego to recydywiści( znacznie mniej niż w poprzednich latach). Statystyka przestępczości na terenie szkół jest mniej konkretna, od ogólnej. Jakiś nieokreślony procent z nich dokonują osoby dorosłe, choć zapewne za zdecydowaną większość odpowiadają uczniowie. Brak informacji ile z nich ma miejsce w typowych szkołach publicznych ,a jaki jest udział różnych ośrodków wychowawczych, poprawczych. Jednakże, młodzież szkolna jest niepełnoletnia, więc musi istnieć korelacja między wzrostem ogólnej liczby czynów karalnych oraz tych w podstawówkach i gimnazjach. Przyczyny są tożsame, a więc większa wykrywalność z powodu powiększenia ilości stawianych zarzutów, mniej stwierdzonych sprawców oraz przypadków recydywy.

Innym razem Kłosowski skomentował wyniki badań, z których wynika, że rodzice uważają za priorytet zapewnienie swoim dzieciom bezpieczeństwa przez szkołę i uznają je za ważniejsze od poziomu nauczania.

Rodzice coraz częściej nie mogą być spokojni o to, czy ich dziecko po całym dniu w szkole wróci w stanie nienaruszonym, czy nic mu się nie stanie. To sytuacja horrendalna, niespotykana od 1989 roku. Z takimi przypadkami nie mieliśmy do czynienia, żeby rodzice żyli w niepewności, czy ich dziecko będzie bezpieczne”- powiedział dla portalu Stefczyk.info.

Skąd przyszła mu do głowy taka interpretacja wyników? Oczywiście ze statystyki policyjnej. Aby zrozumieć, dlaczego bezpieczeństwo jest tak ważne trzeba dostrzec przemiany społeczne, jakie zaszły w Polsce przez ostatnich kilkanaście lat. O tych zmianach się milczy, przechodzi się nad nimi do porządku dziennego, tak jakby nigdy nie zaszły, a obecnie dominujący model rodziny i wychowania istniał od zawsze, ale część społeczeństwa zauważą ich wystąpienie. Tylko najmłodsi nie mogą sobie przypomnieć, jak wyglądało dzieciństwo w latach dziewięćdziesiątych i poprzednich dekadach. Każdy dorosły powinien pamiętać te czasy, gdy przeciętne dziecko i miejskie oraz wiejskie mając lat trzy, cztery mogło samemu wyjść na podwórko i bawić się na placu. Nikt wówczas nie przejmował się przepisami, które mówiły, że dopiero po ukończeniu siedmiu lat można wyjść z domu bez opieki starszych. Bicie dzieci przez rodziców nie było patologią ani przestępstwem, agresja małolata w stosunku do rówieśników uchodziła za coś normalnego i naturalnego, z czym nie ma sensu próbować walczyć. Na osiedlach, placach, boiskach spędzano całe dnie, panował ciągły gwar. Na wsiach dzieci pracowały w polach, jeździły konno, traktorami, łapały autostop. Place zabaw nie spełniały żadnych standardów BHP, w samochodach nie było fotelików, mało kto cierpiał na alergię i uczulenia, a o ADHD nawet nie słyszano. Co zmieniło się od tego okresu? Przemian jest bez liku. W miastach granica wiekowa, od której typowy dzieciak może pobawić się na placu zabaw bez opieki dorosłych przesunęła się na wiek szkolny, nawet wyższy niż owe siedem lat. Zaobserwować można rodziców odprowadzających swoje pociechy do szkoły przez cały rok, choć jest ona odległa sto lub kilkaset metrów od domu, a przez całą drogę prowadzi chodnik. Podwórka wyraźnie opustoszały, a wychowanie częściowo przeniosło się do domów, między innymi przed komputery. Współczesne dzieci w typowym miejskim blokowisku wychodząc już na świeże powietrze zachowują się jakoś inaczej niż poprzednie generacje. Kto z czytelników często widuje ich wchodzących na drzewo, skaczących po murach, dachach? Bijących się między sobą chyba też trudno uświadczyć. O paranoi polskiego prawa oraz systemu opieki społecznej wspominać nie trzeba, bo są to fakty doskonale znane. Zanikły nawet zwyczaje, które jak się niegdyś wydawało są tak trwałe, że pozostaną na zawsze. Przykładem jest śmingus-dyngus, niegdyś hucznie obchodzony na ulicach przez dzieci i nastolatków, dziś praktycznie przestał być celebrowany. W kwietniu 2012 panowała idealna pogoda na dyngusowe polewanki, dziennikarze TVN zrobili wówczas bardzo dobry reportaż z ulic polskich miast o śmierci tradycji, której istniała przez pokolenia. Zapewne przetrwać nie mogła przy takich zmianach w stylu życia, jednak gdyby jakieś większe grupy polewających się wodą zostały zlokalizowane przez reporterów TVN, to stacja ta zrobiłaby materiał o pladze zaniedbanych dzieci ulicy, którzy niszczą miejsca publiczne, lub o bandytach polewających przechodniów. Innym razem przedstawiciele tej samej stacji zauważyli, że w ogrodach zalegają stosy spadających na ziemię owoców, których nikt nie zbiera. Przypomnieli sobie, że niegdyś to dzieci zjadały owoce, stanowiąc największą plagę dla hodowców. I znowu trzeba stwierdzić, iż zwyczaj, który istniał od niepamiętnych czasów, miał być trwały, poległ pod naporem „nowoczesności”. Przemiany, jakie zaszły od początku XXI są bardziej doniosłe niż jakiekolwiek przedtem. Orędownicy nowoczesnej pedagogiki silnie inspirowanej marksizmem kulturowym wciąż traktują rodziców jak potencjalnych wrogów, ale prawda jest taka, że większość ich współczesnego pokolenia im się udała. Powszechnie mawia się, że dzieci są oczkiem w głowie. Ta reguła dotyczy także socjalistów. Ta przeszczepiona z zachodu forma socjalizmu, jaka rozwija się od lat w III RP najsilniej oddziałuje właśnie na jej najmłodszych obywateli, wychowywanych przez „nowoczesnych” rodziców i oddanych pod nadzór hiperopiekuńczego państwa. Skoro wszędzie panuje kult cywilizacji, nieagresji, wytacza się kolejne intifady w imię walki z przemocą w rodzinach, to dlaczego w szkołach miałoby być inaczej? Jeżeli można ogłosić, że dawanie klapsa swoim pociechom to przemoc i patologia, skoro tresuje się społeczeństwo na punkcie przemocy ze strony dorosłych, toteż trudno oczekiwać by dzieciom pozwalano na agresję wobec rówieśników. Oczywiście, można powiedzieć, że model wychowania bez klapsów, charakteryzujący się radykalną nadopiekuńczością, przenoszeniem dzieciństwa z podwórek w inne miejsca, sam w sobie, socjalizmem nie jest. Nie da się jednak zaprzeczyć prawdzie, że zachodzące przemiany są przez tą ideologię motywowane. Powszechnie przyjmowany nowy model rodzica jest pochodną marksizmu kulturowego. Dość łatwo zauważyć, że społeczeństwo kształtowane przez socjalizm/marksizm kulturowy chce przede wszystkim zapewnić swoim potomkom, to czego pragnęłoby dla siebie, czyli dobre warunki materialne, spokój i bezpieczeństwo oraz beztroskę. Inne cele schodzą na dalszy plan, socjalista nie ma ambicji by coś osiągać, doświadczać , pragnie przede wszystkim spokoju i stabilności. Cena, jaką naród już płaci za swoje kaprysy jest najwyższa, gdyż Polacy po prostu wymierają. Czy można w ogóle dziwić się, że bezpieczeństwo w szkołach jest uznawane za ważniejsze od efektów nauczania, skoro wszędzie panuje paranoja na jego punkcie?

Jak już wspomniałem „specjalista Kłosowski” stwierdza, że przemoc w szkołach to skutek „liberalnej polityki MEN-u” oraz bezkarności młodocianych bandytów, którzy przesuwają granice. W rzeczywistości owe „granice” przesuwają rozrastający się socjalizm oraz obecny i poprzedni e rządy. Oto do zakładów poprawczych można dziś trafić za znieważenie funkcjonariusza publicznego, którym dla ucznia jest nauczyciel. Mowa o słownej obrazie. Znany jest mi przypadek około trzech lat, gdy do jednego ze śląskich poprawczaków trafiło dwóch czternastolatków za wulgarne przezywanie nauczyciela. Co prawda pochodzili z patologicznych rodzin, musieli też sprawiać określone problemy, ale w poprawczaku można umieszczać tylko nieletnich przestępców, a oskarżono ich tylko o jeden czyn karalny, jakim było znieważenie słowne, bez naruszenia nietykalności cielesnej. Można założyć, że to ciągle sporadyczne przypadki, ale sam fakt, że do nich dochodzi idealnie obrazuje do czego prowadzą prawa człowieka, dziecka, ucznia ,demokracja, wychowanie bez przemocy i zakaz stosowania kar fizycznych. I cały ten system rzekomo jest zbyt liberalny i pobłażliwy. Giertych, który przyznał nauczycielom status funkcjonariusza publicznego ponosi odpowiedzialność, za to, w jakich celach jest wykorzystywany. W mediach można znaleźć wiele podobnych historii o uczniach stawianych przed sądem za przestępstwo przeciwko funkcjonariuszowi publicznemu, a jednocześnie brak informacji jakoby nauczyciele padali ofiarą przemocy ze strony młodzieży, gdy jeszcze parę lat temu regularnie informowano o poważnych zdarzeniach uwiecznianych na filmach. O liberalizmie i profesjonalizmie Ministerstwa Edukacji wiele mówi podjęta w 2009 roku próba rozwiązania problemu palenia papierosów przez osadzonych w zakładach poprawczych. O tym, że umieszczona tam niepełnoletnia młodzież dostaje od wychowawców papierosy MEN dowiedziało się od Najwyższej Izby Kontroli, która stwierdziła to tylko w niektórych ośrodkach. Następnie do dyrekcji wszystkich wysłano informację, że prawo zakazujące palenia poniżej 18 roku życia musi być przestrzegane. Ministerstwo tym razem nieświadomie mogło sprowokować wybuch fali przemocy, ale dyrektorzy woleli pośmiać się z treści listu, niż spełnić jego polecenia. Przebywająca w poprawczakach młodzież powyżej 13 roku życia, praktycznie zawsze zaczyna palić dużo wcześniej. Odebranie im papierosów doprowadziłoby do natychmiastowych buntów i zbiorowych ucieczek. Taki ośrodki nie są więzieniami z kratami i murem, mają formę bardziej resocjalizacyjną, a spełnienie żądań MEN-u oznaczałoby likwidację wszystkich.

Kłosowski twierdzi, że szkoły to najbardziej niebezpieczne miejsca, bo w statystyce rozbojów zajmują drugie miejsce po ulicy.

„Wymuszeń rozbójniczych od kilku lat systematycznie przybywa, zwłaszcza w gimnazjach. Młodszym dzieciom starsi uczniowie zabierają pieniądze, średnio od kilku do kilkunastu złotych, telefony komórkowe czy drobny sprzęt grający”- Rzeczpospolita cytuje Grażynę Puchalską z Komendy Głównej Policji.

Co w podanej przez „Rzeczpospolitą” informacji może szokować? Z pewnością nie liczba owych rozbojów, lecz fakt, że w Polsce sytuacja, w której kilkunastoletnie dziecko zmusza inne do oddania kilku lub kilkunastu złotych jest uznawana za wymuszenie rozbójnicze. To według prawa bardzo poważne przestępstwo, ścigane z urzędu, za które grozi minimum dwa lata więzienia, choć z możliwością zawieszenia. Właściwie zabór czegokolwiek pod groźbą użycia siły powinien zostać uznany za rozbój- może to być nawet paczka chipsów. Dzięki temu statystyka ma swoich bohaterów, którzy wysoce ją zawyżają. W Tychach dwóch kilkunastolatków wyłudzało papierosy od swojego kolegi, postawiono im zarzut dokonania 535 przestępstw rozbójniczych. Taka sytuacja niegdyś chyba zdarzyć się nie mogła, po prostu osobie składającej zawiadomienie oznajmiono by, że wymuszanie papierosów to nie sprawa dla policji. Tego faktu żadna statystyka już nie zmierzy, żeby zdawać sobie sprawę ze zmian, wystarczy mieszkać w Polsce, obserwować otaczającą rzeczywistość i nie mieć zaników pamięci. Żadne dane policyjne nie wyjaśnią też, dlaczego w roku 2000 odnotowano 10 757 nieletnich pod wpływem alkoholu, z czego 7 533 trafiło do izb wytrzeźwień. Natomiast w 2009 stwierdzono już 19 252 małoletnich po spożyciu alkoholu, lecz tylko 1752 odwieziono do owych izb.

Czy podano jakikolwiek argument, za ciągle powtarzaną tezą o narastającej agresji wśród uczniów w życiu codziennym szkoły? Nie. Są natomiast badania prowadzone przez niezależne instytucje, jak i przez Ministerstwo Edukacji. Wynika z nich, jednoznacznie, że od lat stopień przemocy spada , co biorąc pod uwagę całokształt przemian nie powinno dziwić. Dzieje się tak, choć definicja słowa „przemoc” ciągle się zmienia. Coraz więcej typowo ludzkich zachowań jak podniesienie głosu podpada pod, którąś z jej kategorii. Opanowane przez socjalistów psychologia i pedagogika stały się dziedzinami paranauki i nieustannie wymyślają wciąż nowe patologie, przesuwając granice normalności.



O byłym wiceministrze Mirosławie Orzechowskim trzeba powiedzieć coś, co nie jest związane z tematem artykułu, ale idealnie ukazuje jego kompetencje, inteligencje i obecność rozumu w głowie. Jako wiceminister bardzo sprzyjał upowszechnianiu oświaty. Przebijał w tym Giertycha i jego amnestię maturalną oraz Jarosława Kaczyńskiego, który uznawał umasowienie edukacji za największy sukces III RP, a także obiecał dać pracę bezrobotnym absolwentom wyższych uczelni. W czerwcu 2007 roku podczas rozmowy z dziennikarzami TVN-u poświęconej wynikom matur i planom wprowadzenia obowiązkowej matematyki podczas tego egzaminu, błysnął twierdzeniem, które znakomicie podsumowuje jego przygotowanie do pracy oraz ukazuje geniusz i świetną kondycję intelektualną. Mianowicie oznajmił, iż uczniowie dwuletnich liceów ogólnokształcących dla dorosłych- przeznaczonych dla absolwentów szkół zasadniczych zawodowych – to, „ci, którzy później niż ich koledzy, poszli po rozum do głowy i włączyli się do walki o wyższe uczelnie”. Co więc odkrył Orzechowski swoją wypowiedzią? Po pierwsze, to uczniowie zawodówek, są pozbawieni rozumu w głowie, gdyż nie chcą posiadać wyższego wykształcenia. Po drugie, zdanie matury i przekroczenie bram uczelni, w cudowny sposób zasiewa ów „rozum” w głowie. Rozwijając, jego wypowiedź minister zapewne uznał, że nie ma powodów by obawiać się braku pracy, lepiej zostać bezrobotnym politologiem, kulturoznawcą, filologiem klasycznym albo absolwentem marketingu i zarządzania, niż dobrze zarabiającym spawaczem, kucharzem, mechanikiem, fryzjerem, wszak rozum w głowie, który każdy może posiąść, dzięki wyższemu wykształceniu jest najważniejszy. Zapewne, gdyby sto procent młodzieży zdawało maturę, dostawało się na studia, to wszyscy nabyliby owy „rozum”. Dziennikarz TVN-u nie wykorzystał okazji by wyśmiać ministra, jego wypowiedź nie została skomentowana w jakichkolwiek mediach, zapewne z powodu podobnej dawki rozumu u pracujących tam osób. Teraz Orzechowski znów zabiera głos, w sprawach szkolnictwa. W miesięczniku „Aspekt Polski”, którego jest redaktorem naczelnym, ukazał się jego artykuł, w którym oznajmia, że gdyby on i Giertych pozostali w ministerstwie wyeliminowano by narkotyki oraz papierosy i alkohol, które także uznaje za patologię. Przekonanie, że jego ministerialne decyzje byłyby nawet w stanie zlikwidować jakieś zjawisko, świadczy jedynie o osobowości „socjalisty-megalomana”. Orzechowski odkrył także, że przyczyną, z powodu, której w jego opinii zaniechano walki z przemocą i przestępczością jest poprawność polityczna, choć to właśnie ona stoi na pierwszej linii frontu chcącego wymyślać wciąż nowe rodzaje przestępstw, zmieniać definicję przemocy, uznawać za patologię wszystko, co nie pasuje do jej wizji świataidealnego

Polska szkoła gwałtu- przykładowa manipulacja „Rzeczpospolitej”.

Niedawno w Internecie, stacjach radiowych i telewizyjnych Polacy mieli okazję podziwiać spot promocyjny „Rzeczpospolitej”. Reklama dziennika zaczyna się od hasła „w dzisiejszym świecie dociera do nas coraz więcej informacji, ale wiemy coraz mniej, brakuje nam wiedzy uporządkowanej, pogłębionej, kompleksowej ‘’. Następnie redaktor naczelny Bogusław Chrabota przedstawia się z imienia i nazwiska, po czym oznajmia, że jego dziennik „szybko dociera do faktów, odkrywa przyczyny zdarzeń, aby przekazać sprawdzoną wiedzę, bo tylko taka wiedza daje bezpieczeństwo i pewność działania”. Całość materiału zakończona hasłem „Rzeczpospolita, jeśli chcesz wiedzieć więcej”.

Pan Chrabota objął stanowisko redaktora naczelnego 2 stycznia 2013 roku. W międzyczasie jego gazeta popisała się wielokrotnie cytowanym artykułem, którego autorzy nie docierali do faktów, nie odkrywali przyczyny zdarzeń, nie przekazywali sprawdzonej wiedzy, nie dali bezpieczeństwa i pewności działania, wprowadzili natomiast chaos i dezinformację.

Piętnastego lutego 2013 r. ukazał się w dzienniku artykuł pt. „ Polska szkoła gwałtu”, w którym napisano, że w skali kraju liczba gwałtów, w szkołach podstawowych i gimnazjalnych, wzrosła z 14 w roku 2011 do 74 w 2012. Autorzy tekstu zaznaczają, że w Polsce jest ponad 21 tysięcy szkół podstawowych i gimnazjalnych, więc 74 gwałty to niewiele, ale w ich opinii szokujący jest fakt, że w ogóle do nich dochodzi. Artykuł był krótki zawierał niewiele poza podaniem informacji. Napisano jednak o „ekspertach”, którzy twierdzą, że to wina zbyt liberalnej polityki ministrów Hall i Szumilas. Zacytowano, też komentarz byłego wiceministra Sławomira Kłosowskiego -„Uczniowie czują się coraz bardziej bezkarni i przesuwają granice swoich działań niezgodnych z prawem”.

Redaktorzy Grażyna Zawadka i Artur Grabarek nawet nie próbowali ustalić, czy do rzeczonych zdarzeń dochodziło w normalnych szkołach, a może w placówkach opiekuńczo-wychowawczych. Tekst został tak napisany, żeby przeciętny czytelnik nie miał wątpliwości, iż chodzi o zwykłe szkoły publiczne i nawet nie pomyślał, że istnieją też one w takich miejscach jak zakłady poprawcze, ośrodki szkolno-wychowawcze. W minionych latach media niejednokrotnie ujawniały gwałty, niekiedy wielokrotne lub zbiorowe, w placówkach dla trudnej młodzieży.

Wyjątkowo szyderczo brzmi ostatni akapit: -„ Co robi MEN, by zmienić niekorzystne statystyki? Minister edukacji Krystyna Szumilas ogłosiła 2013 rokiem bezpiecznej szkoły. Nie usłyszeliśmy jednak żadnej koncepcji na walkę z przestępczością”. Zapytanie dziennikarzy można by uznać za klisze językową, gdyby nie fakt, że nowoczesny socjalista traktuje statystykę i rzeczywistość, jako jednorodność. Jednocześnie za to, że nie słyszeli o żadnych koncepcjach walki z przestępczością, nie trzeba obwiniać kierującej ministerstwem, nie ma potrzeby winić jej, jeśli samemu się nie słuchało.

Artykuł wzbudził żywy odzew w mediach, portale jedne po drugim cytowały krótki tekst Rzeczpospolitej. Wszystkie „ośrodki informacyjne” podawały, jako źródło ten krótki tekst opierający się na danych Komendy Głównej Policji, „ de facto” jedynie go cytując. Czytelnicy w zostawianych komentarzach przyklaskiwali jeden po drugim, niektórzy konstruowali własne teorie przyczyn takiego stanu rzeczy i załamywali się nad upadkiem moralności. W kolejnych dniach objawiali się kolejni komentatorzy Kłosowski oraz „eksperci”, ale także Zbigniew Ziobro, który zwołał nawet konferencję prasową, by oznajmić, że pani minister „sobie nie radzi”. Posłowie PIS-u, jeden za drugim wnosili interpelację, w sprawie narastającej liczby gwałtów w polskich szkołach, to samo zrobiła Wanda Nowicka. Do szacownego grona dołączył Armand Ryfiński z Ruchu Palikota, który obwinił brak edukacji seksualnej.

Tekst Zawadki I Grabarka wciąż jest komentowany, nadal budzi emocje internautów. Jeszcze wiele tygodni po jego napisaniu posłowie kierowali zapytania do Ministerstwa Edukacji, a media powtarzały podaną przez „Rzeczpospolitą” fałszywą informację. Nikt nie zauważył, że artykuł jest, być może nieświadomą, ale czystą manipulacją. Przedstawiona tam teza, jakoby Komenda Główna Policji odnotowała wzrost liczby gwałtów, w szkołach z 14 do 74 jest fałszywa, nic takiego nie miało miejsca. Nadmienić należy, iż słowo „gwałt” jest określeniem potocznym i w prawie karnym definiuje się go inaczej. Rzeczywiście w roku 2012 stwierdzono 74 przypadki zgwałcenia- czego nie należy utożsamiać tylko ze zmuszaniem do odbycia stosunku płciowego. W kategorii zgwałceń ujmowane są też tzw. „inne czynności seksualne”. Do owych czynności zalicza się głównie dotyk o podtekście seksualnym, także publiczną masturbację. Za statystyczne cudo ponosi odpowiedzialność jeden uczeń, który dokonał ich aż 58 razy i tyle zarzutów mu postawiono. Informację bardziej rzetelną można jednak znaleźć na stronie Ministerstwa Edukacji. Oczywiście zaistniałe okoliczności ośmieszają statystykę policyjną „na całej linii”. Jeżeli jeden uczeń mógł wykonać te „inne czynności” 58 razy i dopiero po tak dużej liczbie przedstawiono mu zarzuty, to zapewne nie otrzymałby żadnych gdyby ograniczył się do 10, 20 razy. Jeżeli jedna osoba jest w stanie tak wyróżnić się na przestrzeni kilku lat, to pozostaje pytanie ilu innych nigdy nie ujawniono? Co się stanie, jeśli w tym roku złapią pięciu albo dziesięciu takich jak on? Jaki wzrost znów ogłoszą?

Komunikat na stronie Ministerstwa Edukacji, który wyjaśnił manipulację Rzeczpospolitej zamieszczony został 19 lutego, cztery dni po ukazaniu się artykułu. Dziennik, choć ma problemy z docieraniem do rzetelnych informacji mógł, chociaż, w tym przypadku dokonać sprostowania i przeprosić za wywoływanie paniki. Tego jednak nie zrobił. Tekst wciąż jest komentowany, a tego, że nie podaje prawdziwych informacji nigdzie nie zauważono. Warto nadmienić, iż autorzy artykułu Grażyna Zawadka i Artur Grabarek, napisali w „Rzeczpospolitej” wszystkie teksty traktujące o szkolnej agresji, każdy na podobnym poziomie. Każdy był potem wielokrotnie cytowane przez media i polityków. Właśnie przy takim temacie widać opiniotwórczą rolę dziennika, którego artykuły są na tak żenującym poziomie.

Lewactwo jeszcze przyśpieszy swój marsz przez szkołę.

Były minister edukacji Ryszard Legutko postanowił nawołać do przegnania lewactwa ze szkół („Przegnać lewactwo ze szkół” w: „Gazeta Polska Codziennie”). Należy postawić pytanie, czy aby nie nawołuje do przegnania samego siebie, gdyby zdarzyło mu się ponownie objąć funkcję ministra. Chce zwiększyć władzę nauczyciela w stosunku do ucznia, choć ten ma dość duży zakres uprawnień, jest za większą ingerencją państwa w życie codzienne szkoły, pisze o wychowaniu i dyscyplinie, ale zapewne nie ma na myśli tradycyjnej pedagogiki, w której jest miejsce na kary cielesne. Ponieważ kilka jego wypowiedzi wskazuje, iż w swoich opiniach i diagnozach przypomina kolegów z rządu lat 2005-2007 toteż należy sądzić, że jeśli kiedyś znów będzie ministrem pochód lewactwa przez szkołę ulegnie przyśpieszeniu. Wiara polityków PIS w statystykę, w połączeniu z brakiem wiedzy o otaczającej ich rzeczywistości wskazuje, że po hipotetycznym powrocie IV RP do ministerstwa edukacji celem będzie radykalne obniżenie statystyk przestępczości w szkołach. Takie podejście niczym nie różni się od słusznie ośmieszonego przez Legutkę uczenia pod testy i miejsce w międzynarodowym rankingu PISA. Aby osiągnąć upragnione wyniki postawią na większy kontakt z policją, uważniejszą kontrolę zachowań, walkę z agresją w zarodku. Jeżeli nie osiągną upragnionych wyników, to wyraźnie sfrustrowani będą nieustannie zaostrzać kary, instalować w szkołach posterunki policyjne. Takie propozycje już zostały złożone i dotyczą także dorosłych obywateli , zarówno PIS jak i Solidarna Polska chcą podniesienia kar oraz zakazu orzekania wyroków w zawieszeniu za zgwałcenie oraz rozboje. Gdyby ich propozycje weszły w życie to w Polsce każdy skazany za dokonywanie innych czynności seksualnych oraz wszyscy przyłapani na siłowym zaborze mienia w postaci np. dwóch złotych albo papierosów będą musieli odsiedzieć, co najmniej dwa lata. Wracając do szkół. Doświadczenie krajów zachodnich uczy, że placówki oświatowe mogą upodabniać się do szpitali psychiatrycznych. W Polsce mamy nich w nich monitoring, ale nie ma urządzeń prześwietlających na obecność niebezpiecznych narzędzi. Wciąż nie rejestruje się siedmioletnich rasistów i homofobów, nie przeprowadza się przymusowych testów psychiatrycznych, które mają zdiagnozować potencjalnych seryjnych morderców. Ponieważ nasz kraj wciąż jest za mało „postępowy”, toteż można oczekiwać upodobnienia się do wzorców z państw starej demokracji. Lewactwo nie tylko nie ustąpi ze szkół, ale będzie się rozwijać, tak długo jak trwać będą demokracja i socjalizm.

 

Zdolny młodzieniec, czyż nie? Nie zgłosze uwag do jego tekstu, gdyż byłoby ich zbyt wiele, a ja jestem leniwym blogerem jedynie. Ale czyta sie świetnie.

Chuchajmy i dmuchajmy na niego. Z czasem dojrzeje. I jakby co: to ja go odkryłem!

Hac
O mnie Hac

Żywy jestem, jeszcze. Ale to zapewne mi minie.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Rozmaitości