58 obserwujących
30 notek
259k odsłon
  435   2

Świńskie kawałki

Tak było. Z Mamą. Rok 1956 (własność zdj.: prowincjałka)
Tak było. Z Mamą. Rok 1956 (własność zdj.: prowincjałka)

Pod kątem obecności świń w moich życiowych doświadczeniach jeszcze nie pisałam, więc pora ten brak uzupełnić. Pisać bowiem mogę o prawie wszystkim, traktując pisanie jak gimnastykę, żeby - jak nie raz już tłumaczyłam - nie zapomnieć języka w głowie. Kiedyś pisałam tutaj z kilku ważniejszych powodów, o których pewnie też kiedyś napiszę coś w rodzaju podsumowania, i nawet wiem, jak zatytułuję ten przyszły tekst, ale na razie będą świńskie kawałki, czyli: motyw świni w moim życiu.

*

Nie należę do pokolenia, które na pytanie, skąd bierze się mleko, odpowiada, że z lodówki, ewentualnie z marketu. Ja nie z tych - ja wiem, skąd w moim życiu bierze się nabiał, i wiem skąd  biorą się w nim świnie. Jako dziecko żyłam zarówno blisko krów i kur, jak też świń, więc jestem zorientowana. Mając pięć albo sześć lat, potrafiłam wydoić kilka kropel ciepłego mleka. Widziałam też wtedy zaaranżowaną przez ludzi krowią randkę w ciemno, ale o ile pamiętam, były jakieś komplikacje i do niczego wtedy nie doszło między stronami spotkania. Prawdę powiedziawszy dopiero po kilku latach nabyłam świadomość, do czego wtedy nie doszło, podobnie jak po kilku latach zorientowałam się, o co chodziło, kiedy mój wiejski przyjaciel-rówieśnik proponował żebyśmy pobawili się w - tu powiem dość oględnie - „ruszanie”. Ponieważ lubiliśmy się, nie miałam nic przeciwko temu, żebyśmy stanęli naprzeciwko siebie, przez parę sekund dotykając się brzuszkami, i żeby potem w podskokach pobiec poszukać, w jakich zakamarkach kury nioski należące do jego rodziców poukrywały świeże jaja, i żeby wypić je na miejscu, na surowo, prosto ze skorupki, zamiast zanieść do domu.

Wspomnianą intymną zabawę można potraktować jako pierwszy świński kawałek opisany w tej notce. Mój kompan dziecięcych zabaw pewnie podpatrzył takie zabawy u dorosłych, tak jak ja podpatrzyłam randkę bydła rogatego. Na wsi dużo można było zobaczyć. Mieszkając na stałe w mieście na tak zwanych ziemiach odzyskanych, w latach przedszkolnych spędzałam sporo czasu na pobliskiej pomorskiej wsi, gdzie moi rodzice wynajmowali od pewnego gospodarza dwa pokoje w dużym poniemieckim domu oraz dwa sady przy tym domu. W pokojach mieszkałam z mamą przez trzy czwarte roku, podczas gdy tata zajmował się pracą etatową w mieście. W sadzie słonecznym rodzice ustawili pszczelą pasiekę, a w sadzie cienistym klatki z norkami hodowanymi na futerka, natomiast pracą przy obu zajmowała się moja bardzo dzielna mama. Ja natomiast, kiedy nie biegałam z moim sąsiadem-rówieśnikiem po wsi, albo nie wtapiałam się w życie gospodarstwa, w którym mieszkałyśmy, towarzyszyłam mamie przy jednej i drugiej hodowli.

*

Oczywiście pasieka, z perspektywą podbierania pszczołom słodkiego urobku ich pracy, była przyjemniejszym doświadczeniem niż kontakt z zamkniętymi w klatkach skocznymi norkami, które kończyły naciągnięte na wygładzone pale służące do czyszczenia ściągniętych z nich skórek, co też na własne oczy widywałam, bo trudno było „skórkowania” nie widzieć. Tak samo, jak przy innej okazji trudno było nie wiedzieć, że pewien delikatny niedzielny rosołek został ugotowany na mięsku puszystej angorki, którą potem nosiłam w formie ciepłego kołnierzyka przy zimowym płaszczyku.  Rodzice pilnowali jednak, żebym nie zobaczyła momentu uśmiercania zwierząt, ale kiedy nieco podrosłam dowiedziałam się od nich, jak to odbywa się: na przykład zwierzęta futerkowe były pojedynczo rażone prądem w specjalnej małej klatce z metalową podłogą podłączoną do napięcia elektrycznego.

Zabijania norek nie widziałam, ale  udało mi się podpatrzeć na wsi świniobicie. Więc wiem dobrze, skąd bierze się wieprzowina, i że nie bierze się ona z lodówki, chociaż takie myślenie o pochodzeniu świniny byłoby na pewno przyjemniejsze. Jako pięcio czy sześcioletnie dziecko widziałam wzdęcie u krowy, i przekłuwanie jej boku w celu spuszczenia gazów. Widziałam trzebienie, czyli kastrowanie kwiczących prosiąt. Widziałam, jak można sobie poradzić ze szczurem przy pomocy ostrych wideł. Widziałam tańczącego na podwórku koguta z odciętą głową, a właściwie należałoby powiedzieć, że - bez tej głowy. Jadłam też bocianie mięso, które nasz gospodarz skądś miał, żeby wytopić z niego tłuszcz, którym miała leczyć swoje obolałe nogi jego żona, nasza gospodyni. Oboje z nich zresztą bardzo lubiłam. Byli już starsi, sami prowadzili gospodarstwo, gdyż ich dorosłe i dorastające dzieci odpłynęły ze wsi do miasta.

W moim przedszkolu widziało się więc to i owo. Bardzo dobrze wspominam te trzy lata spędzone na wsi. Pamiętam poranny bieg na boso po rosie leżącej na łące za domem. Pamiętam ciepłe chrapy koni, pamiętam jak karmiłam je z ręki, pamiętam jak zapinałam na nich uprząż, i jak nimi - za zgodą gospodarza i w jego towarzystwie - powoziłam w drodze na pole. Nie pamiętam natomiast, żebym jadła tam koninę. Tę pamiętam z miasta, kupowaną w tak zwanej końskiej jatce, i pamiętam że była słodka - jak podobnie słodkie były steki z płetwy rekina jedzone wiele lat później. Z wiejskich lat pamiętam jeszcze różnicę w zapachach stajni, obory i chlewa, pamiętam zapach parnika i zapach drewutni. Pamiętam robione we wsi wino z polnych chabrów, dojrzewające w smukłych butelkach zawiązanych u góry szmatką, i w takiej formie eksponowane w maleńkim okienku maleńkiego sklepiku, jedynego we wsi, urządzonego we frontowym pomieszczeniu niedużego wiejskiego domu z czerwonej cegły. Pamiętam sekretną dziecięcą wyprawę do starego folwarku, położonego na samym początku głównej, a jednocześnie jedynej we wsi ulicy, w połowie wieku dwudziestego zajmowanego przez pegeer, i pamiętam zabawę wyszukanymi gdzieś na korytarzach rozległego budynku dawnego dworu - papierami zapełnionymi tabelami, które dawały mnie i mojemu towarzyszowi poczucie odkrycia tajemniczego skarbu. Pamiętam zbieranie na stawie obok sięgającego swoją historią piętnastego wieku kościoła - rzęsy dla kaczek; a ze zmurszałego wnętrza pni drzew nad stawem - próchna do podkurzacza do pracy przy pszczołach. Pamiętam, że kiedy wydawało mi się, iż nasze pszczoły już mnie bardzo dobrze znają, na dowód tego - przed moim wiejskim kompanem - włożyłam duży palec nogi do wejścia do ula, i pamiętam czym to się skończyło.

*

Miasto oczywiście nie dostarczało takich wrażeń, aczkolwiek pamiętam świnię trzymaną przez moich rodziców w powojennych ruinach. Kilka lat potem w pozostałościach po tym gruzowisku bawiłam się wykopanymi przez robotników ludzkimi piszczelami, dopóki nie zostałam w domu pouczona o szacunku należnym ludzkim szczątkom. I pamiętam opowiadanie, że tuż po wojnie ktoś trzymał w centrum miasta świnię na balkonie, i że ona z tego balkonu na pierwszym piętrze wypadła na bruk. Zdaje się, że śmiertelnie. Mogłabym dodać coś o miejskich odpowiednikach intymnych zabaw z moim sielskim cicerone (który wkrótce przeprowadził się z rodzicami i rodzeństwem do dalekiego dużego miasta), ale nie dodam, bo brakowało im tamtej prostoty, a nie chcę domyślać się, skąd pewne miejskie dzieci z mojego grona mogły wziąć pomysł zabawy bardzo szczególnej, nie mającej niczego wspólnego ze znaną anatomiczną ciekawością małych dzieci, a w której to zabawie reszta z nas nie widziała sensu i nie podejmowała jej. Dzisiaj rozumiem więcej z tamtych sytuacji, ale nie będę już świntuszyć opisując je, chociaż tak naprawdę, nie o świntuszenie tutaj chodziłoby, lecz o wgląd w świat ludzkiej psychiki, czasami przerażający. Po świńsku powiem więc tylko tyle na koniec: lubię wieprzowinę. Również przyrządzaną - au naturel. I czasami lubię coś napisać - au naturel. Aha, jeszcze to: ludzkich świń w swoim życiu nie zauważyłam.


Wegetarianie to okrutni, bezmyślni ludzie.
Wszyscy wiedzą, że marchewka krzyczy, gdy jest tarta.

Vegetarians are cruel, unthinking people.
Everybody knows that a carrot screams when grated.
That a peach bleeds when torn apart.
Do you believe an orange insensitive
to thumbs gouging out its flesh?
The tomatoes spill their brains painlessly?
Potatoes, skinned alive and boiled,
the soil’s little lobsters.
Don’t tell me it doesn’t hurt
when peas are ripped from the scrotum,
the hide flayed off sprouts,
cabbage shredded, onions beheaded.

Throw in the trowel
and lay down the hoe.
Mow no more
let my people go!

"Vegetarians" - wiersz Rogera McGough

Lubię to! Skomentuj12 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości