61 obserwujących
52 notki
276k odsłon
  253   1

Księgowy Krescencjusz

- Nie boi się pani? - to była jedyna fachowa refleksja nad stanem finansów mojej firmy, którą po paru latach prowadzenia jej rachunkowości poczyniła zatrudniona na zlecenie księgowa z certyfikatami. Zgodnie z prawdą, zdziwiona, że ktoś mógłby się czegokolwiek bać, odpowiedziałam, że nie. Kiedy niedługo potem moja firma z hukiem bankrutowała na fali recesji początku lat dwutysięcznych, bardzo dobra radczyni prawna, która zna mnie tak długo, jak pamięć sięga, i która przez lata udzieliła mi wielu bardzo dobrych porad prawnych, w sytuacji finansowego krachu miała dla mnie zasadniczo jedną refleksję prawną: - Nie martw się. Ty zawsze spadasz jak kot na cztery łapy.

*

Prawdę powiedziawszy owa radczyni prawna, moja dobra koleżanka od zawsze [Baby boom], była osobą, która na samym początku ustrojowej transformacji końca lat osiemdziesiątych poprzedniego wieku, wiedząc o moich planach uruchomienia własnej firmy, wrobiła mnie we wspólne założenie kapitałowej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, gdyż taka forma prawna była potrzebna głównie jej - do prowadzenia doradztwa prawnego. Kiedy przepisy zmieniły się, dopuszczając możliwość założenia przez nią kancelarii radcowskiej, odsprzedała mi swoje udziały, a ja zostałam jedynym wspólnikiem w jednoosobowej spółce z o.o., z koniecznością prowadzenia pełnej księgowości i corocznego składania sprawozdań finansowych w sądzie, co nie było dla mnie aż takim problemem, gdyż ja tak jakby niczego się nie boję, a poza tym swój segment działalności firmy od początku prowadziłam z rozmachem, stale go rozwijając i poszerzając różne pola działania firmy - aż do jej ostatecznego krachu.

Koleżanka radca prawny po krachu nadal udzielała mi prywatnie dobrych porad prawnych, natomiast pani księgowa szybko rozwiązała współpracę, widząc jak nikt inny, że nie będę miała za wiele pieniędzy na jej wynagrodzenia. Ponieważ firma mocą rozpędu kręciła się jeszcze przez trzy czy cztery lata, księgowe uporządkowanie gruzów po niej było konieczne choćby po to, żeby można było złożyć w sądzie uzasadniony  wniosek o ogłoszenie jej upadłości, co i tak od strony formalnej zrobiłam o dwa czy trzy lata za późno. Po odejściu pani księgowej pewien życzliwy znajomy bardzo pomógł mi w ogarnięciu bieżących spraw rachunkowych, ale jaki specjalista zgodziłby się na dłuższe prowadzenie za darmo rachunkowości bankruta? [Piękne bankructwo]

*

Ponieważ na niespodziewany ostry spadek obrotów nałożyła się kontrola skarbowa, która zakwestionowała jedną z moich niestrachliwych decyzji i nałożyła na mnie grzywnę, której w zaistniałej sytuacji nie byłam w stanie zapłacić, sąd zamienił  ją na ileś tam godzin prac społecznie użytecznych, o czym nie miałam okazji dowiedzieć się, gdyż kiedy wysłano na mój adres domowy pismo w tej sprawie, tamtego lata osobiście nie mając co robić w firmie i kierując nią przez telefon, wakacyjne tygodnie spędzałam w pewnym klasztorze, do którego tuż przed bankructwem zaprowadził mnie los, i tam wykonywałam różne prace użyteczne [Być mniszką].

Po powrocie do domu zastałam natomiast pismo kolejne, w którym sąd informował mnie, że skoro nie przyjęłam propozycji odpracowania grzywny, sąd zamienia ją na bodajże 25 dni aresztu. Szybko zdobyłam potrzebne pieniądze i grzywnę zapłaciłam, co jedna z moich dawnych znajomych [Auto! Stop!] skwitowała potem uwagą, że źle zrobiłam, bo idąc do aresztu nie tylko nie wydałabym niepotrzebnie pieniędzy na grzywnę, ale jeszcze zaoszczędziła na prawie miesięcznym wyżywieniu na koszt państwa. Natomiast jedna z moich nowych znajomych, poznana podczas Seminarium Odnowy w Duchu Świętym, które przykładnie odbyłam tuż przed zawaleniem się mojego biznesowego domku z kart, sugerowała, że być może mam jakąś misję do spełnienia w więzieniu, więc może powinnam przyjąć karę aresztu, co nie przeszkodziło jej jednak pożyczyć mi pieniędzy na spłatę grzywny.

Znajoma od spraw duchowych zdawała sobie sprawę z mojej osobistej prawnej odpowiedzialności za brak prowadzonej na bieżąco księgowości i przejęta sytuacją zakomunikowała mi pewnego razu: - Jest księgowy, który poprowadzi ci księgowość bez pieniędzy. - I podała mi numer telefonu oraz nazwisko: Krescencjusz Dyzmo. Na potrzeby tej opowiastki podaję personalia fikcyjne, które jednak charakterem i brzmieniem nie odbiegają od prawdziwych. Podobnie jak św. Krescencjusz, również patron nietypowego rzeczywistego imienia mojego nowego księgowego był jednym z młodych męczenników z pierwszych lat Kościoła, o czym z czasem miałam okazję dowiedzieć się bezpośrednio od posiadacza tego imienia.

*

Pan Krescencjusz powitał mnie uprzejmie, od razu oznajmiając zdecydowanym tonem, że zgodził się zająć moją księgowością, ale że robi to wyłącznie dla – dentystki. Zupełnie nie wiedziałam, o jaką dentystkę chodzi, jako że moja duchowa znajoma nic a nic ze służbą zdrowia nie miała wspólnego. Skinęłam jednak z pełnym zrozumieniem głową, bardzo mu dziękując i zaczęłam  opowieść o swoim bankructwie, w ten sposób rozpoczynając naszą wspólną wędrówkę po księgach rachunkowych mojej upadłej firmy, która to wędrówka z czasem przerodziła się w serdeczną między nami zażyłość, trwającą dwadzieścia lat, podczas których nie stać mnie było na formalną likwidację spółki, więc Pan Krescencjusz z roku na rok powiększał ilość zer w kolejnych bilansach, aż same zera wypełniły wszystkie rubryki i firma nie prowadząca od lat działalności, ale zobowiązana do prowadzenia pełnej księgowości, została oficjalnie wykreślona z rejestru spółek.

Cudem było spotkanie z Panem Krescencjuszem. Cudem było, że żywił on sympatię do dentystki, która okazała się być przyjaciółką mojej duchowej znajomej, która dentystce wspomniała o moich problemach. Podziękowałam jej przez znajomą za pomoc, nie wykluczając, że mogłam nie być dla owej dentystki osobą anonimową, z czego wyniknęło jej zaangażowanie w sprawę. Kiedy osobiście stanęłam finansowo na nogi, zaproponowałam Panu Krescencjuszowi rozliczanie się, chociaż on do końca nie przedstawiał wobec mnie żadnych finansowych oczekiwań.

Cudem było, że Pan Krescencjusz - dobry doświadczony księgowy - był w wieku przedemerytalnym, kiedy poznaliśmy się. Cudem było, że nie chciał nauczyć się korzystania z wchodzącego wtedy do szerokiego użytku komputera, przez co zakres jego zawodowej aktywności ograniczał się do prowadzenia księgowości jedynie w formie papierowej, tym samym bardzo ograniczając ilość zleceń poza etatowymi obowiązkami głównego księgowego, które pełnił do przejścia na emeryturę. Cudem było, że ten starszy mężczyzna z oryginalnym imieniem i nazwiskiem, z postury, ruchliwości i szybkości reakcji podobny nieco do Luisa de Funes, szczęśliwie od lat żonaty z bardzo miłą panią, którą miałam okazje poznać, był nie tylko bardzo dobrym księgowym, ale również - bardzo dobrym człowiekiem.

Lubię to! Skomentuj17 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości