Przypomniały mi się w związku z tym, święta jakie kiedyś zafundowałem moim dzieciom. A jak się przypomniały no to je opisałem. Czas jest przedświąteczny więc nie będzie nie na miejscu jeżeli ich opis tu zamieszczę
Święta wyjazdowe moje dzieci znały bo czasem spędzaliśmy je u mojej siostry mieszkającej za granicą. Święta u cioci, dla moich dzieci nie różniły się niczym od domowych te same potrawy te same zwyczaje nawet pasterka była tyle że kolędy inne ale „Święta noc, cicha noc” w każdym języku ma tę samą melodię, inne było tylko zakończenie pasterki, na zakończenie trębacz na balkonie na zewnątrz kościoła grał miastu „Ciszę” co dla nas było czymś nowym.
Wpadłem więc kiedyś na pomysł że spędzimy Święta w Paryżu. Dzieci były zachwycone pomysłem. No to pojechaliśmy. Po szarej jeszcze w tamtych czasach Warszawie, Paryż zachwycił świąteczną dekoracją witryn sklepowych i ulic. Drzewa obwieszone gęsto lampkami, szopki na wystawach. No po prostu bajka. Byliśmy gośćmi wspaniałego starszego pana syna rosyjskich emigrantów z 1917 roku, księcia Władimira Trojekurowa. Miał on jakieś koligacje z Polską bo drugi człon nazwiska był polski ale nie pamiętam jaki. Starszy pan nigdy w Rosji nie był ale świetnie mówił i czytał po rosyjsku. Był bardzo wzruszony że może ze mną rozmawiać w swoim ojczystym języku. Schorowany i trochę zaniedbany przez dzieci zbyt zajęte swoimi problemami by o nim pamiętać, mieszkał w pięknej dzielnicy Paryża (16) na rue de Lubeck (nad u powinny być dwie kropki). Całą kamienicę Pan Władimir wynajmował a sam mieszkał w wielkim przeszklonym apartamencie zbudowanym na dachu. Wyobraźcie sobie ten widok nad dachami Paryża. Wieża Eifel`a niemal na wprost, po prawej szklane kopuły Grand Palais, niemal cały Paryż u stóp, wieczorem wszystko jarzące się światłami, łuny nad przepływającymi Sekwaną stateczkami a to wszystko na wyciągniecie ręki bez wstawania z fotela. Taki to Paryż pokazałem swoim dzieciom. Całymi dniami włóczyliśmy się po mieście. Odwiedziliśmy mojego wujka w przeddzień jego wyjazdu na święta do Meksyku, byliśmy na Sorbonie gdzie przed laty studiowała moja żona a matka moich dzieci. Odwiedziliśmy przeuroczy kościółek św. Genowefy patronki Paryża no jednym słowem byliśmy wszędzie gdzie turysta być powinien i jeszcze w paru miejscach które mnie zachwyciły i chciałem się z dziećmi podzielić tym zachwytem. A że zima tego roku była tęga jak na Francję i temperatura spadła do minus siedmiu stopni to mojemu synowi udało się sfotografować piękną fontannę zamarzniętą pokrytą fantastycznymi lodowymi wytworami . Zima była taka że bezdomni zamarzali, a dozorczyni wieczorem przybiegała z krzykiem żeby lać w rury gorącą wodę bo pozamarzają i pękną, a sama nabierała gorącą wodę i lała w rynny żeby stopić osadzający się lód. Wyobraźcie sobie , minus siedem i we Francji klęska.
Ale miałem pisać o świętach.
Wigilia była jak w domu babcia (znaczy moja mama) zadbała o to. Dzieci ubierały choinkę ja z mamą przygotowywaliśmy Wigilię. Dzieci przy stole siedziały tak by mogły podziwiać choinkę stojącą pod szklaną ścianą przez którą widać było wszystko co wyżej opisałem. Potrawy były prawie jak w Polsce. Biedny Pan Władimir ciężko chory na cukrzycę, niestety nie wszystkiego mógł spróbować. Potem prezenty, kolędy, desery i tak prawie do północy. Mieliśmy ambitny plan pójścia na pasterkę do polskiego kościoła, jednak emocje i kilkudniowe wędrowanie po mieście, muzeach i sklepach tak zmęczyło moje dzieci że nie były w stanie ruszyć się gdziekolwiek. No to do łóżka.
Pierwszy dzień świąteczny spędziliśmy na jedzeniu spacerowaniu jedzeniu, spacerowaniu i tak do wieczora. Drugiego dnia po śniadaniu na spacer i moje dzieci przeżyły szok. Wszędzie na ulicach, w pojemnikach wystawionych na ulicę były wyrzucone choinki. Drzewka które my hołubimy, podlewamy by stały jak najdłużej a najlepiej do pierwszego lutego, tu były wyrzucane już w drugi dzień świąt. Tu drugiego dnia świąt po prostu nie było. Potem moje dzieci już nie były tak entuzjastycznie nastawione.
Na sylwestra wróciliśmy do Warszawy. W drodze powrotnej dzieci powiedziały że było fantastycznie że chętnie pojadą wszędzie ale nie w święta. Święta mają być w domu, tradycyjnie, po polsku.
Wysiedliśmy w Warszawie a tu mróz minus dwadzieścia siedem stopni i wszystko działa. Żadnych oznak klęski, czy paniki.




Komentarze
Pokaż komentarze (7)