Poprzednią notkę, w której przyjrzałem się się dwóm argumentom zwolenników in vitro, uzupełnię o logiczny rozbiór jeszcze dwóch argumentów tychże zwolenników. Ale i przeciwnicy in vitro niech nie śpią spokojnie, bo z ich logiką, tyle że działania, nie bywa najlepiej.
Jeden z argumentów zwolenników in vitro jest taki, że państwo powinno umożliwić swoim obywatelom bycie szczęśliwymi, a ponieważ niektórych z nich może uszczęśliwić posiadanie dzieci dzięki metodzie in vitro, państwo powinno tę metodę popierać, a nawet finansować. Problem w tym, że jeśli zadaniem państwa jest uszczęśliwianie obywateli, to powinno uszczęśliwiać wszystkich. Tymczasem każdego uszczęśliwia co innego, niektórych na przykład uszczęśliwiłoby współżycie z dziećmi, a innych uśmiercenie kogoś od czasu do czasu. Dlaczego państwo nie miałoby uczynić szczęśliwymi i tych obywateli, skoro jest to jego zadanie?
Kolejny argument jest taki, że metoda in vitro to metoda naukowa, popierana przez autorytety naukowe, a zatem ze względu na tę naukowość powinna być stosowana. Naukowe są jednak teorie Ptolemeusza i Kopernika. Dlaczego więc studenci astronomii nie uczą się jej właśnie z "O obrotach sfer niebieskich"? Sądzę też, że zwolennicy in vitro nie chcieliby być leczeni naukowymi mtodami, polegającymi na przykład na przypalaniu ran.
Ale z logiką działania przeciwników in vitro też jest pewnien problem. Wiadomo bowiem, że lepiej zapobiegać, niż leczyć. Najlepszą metodą walki z in vitro byłoby spowodowanie, by jak najrzadziej było ono potrzebne, czyli zapobieganie niepłodności. Tymczasem przeciwnicy in vitro niejako zatrzymują się w połowie drogi. Owszem, walczą z aborcją, która może być przyczyną niepłodności (tutaj wielu zwolenników in vitro popada w schizofrenię, bo z jednej strony domagają się aborcji na życzenie, a więc czegoś, co może powodować niepłodność, a z drugiej in vitro jako lekarstwa na chorobę, którą najpierw sami niejako wywołują). Jednak to przecież nie jest jedyna metoda.
Jedną z przyczyn niepłodności jest to, że pary późno decydują się na dzieci, wtedy, kiedy płodność się obniża. Co więc ci zwolennicy zrobili, by spowodować, żeby ludzie mogli i chcieli decydować się na dzieci wcześniej? Czy z równym zaangażowaniem walczyli o przedszkola, żłobki, zasiłki macierzyńskie, ułatwienia pozwalające pogodzić macierzyństwo z nauką, studiami, pracą?
Kolejna sprawa. Czy walczyli o jakieś programy profilaktyczne, propłodnościowe? Czy zrobili coś, żeby ludzie zaczęli dbać o swoją płodność, w ogóle zastanawiać się nad tym?
No i warto byłoby też zrobić coś, by było miejsce, gdzie leczenie niepłodności mogłoby się odbywać zgodnie z propagowanymi przez tych przeciwników in vitro zasadami. Zatem zamiast budować największy pomnik Chrystusa, jedną z największych bazylik, szukać wód geotermalnych, może lepiej byłoby zbudować centrum lecznia niepłodności. Nie miałbym nic przeciwko temu, by było to centrum imienia Jana Pawła II, którego, jeśli zostanie świętym, można byłoby uczynić właśnie świętym od dzieci w ogóle, a dzieci "wywalczonych" w szczególności.
Może gdyby i jedna, i druga strona sporu postępowały i myślały logiczniej, o problemie łatwiej byłoby dyskutować


Komentarze
Pokaż komentarze