Przekleństwem i jednocześnie szczęściem życia w zgodzie z odwiecznym cyklem roślinnej wegetacji, jest zjawisko docierania wiadomości z opóźnieniem. Zanim zapoznam się z jakąś nowiną, jest już ona sensacją wczorajszą, zanim znajdę czas, żeby ją skomentować - jest już pozawczorajszym, oklepanym tematem nie budzącym emocji. I właśnie dlatego mogę przebrzmiałą dyskusję podsumować (błysnę optymizmem: z g r a b n i e podsumować) mając przed oczami wszystkie argumenty jej uczestników.
Tym razem dyskusja. do której chcę się odnieść, nie dotyczy spraw ważnych dla całego kraju, ale lokalnego, salonowego folkloru, z którym miałem szczęście (?) zapoznać się jeszcze jako bierny czytelnik naszego forum. Dotyczy ona działalności szeroko znanego w kręgach miłośników "48-miogodzinnej Kuchni" Alego Berbera, a także reakcji na tę działalność niektorych, gorącokrwistych blogerów.
Każdy, kto zetknął się z tekstami pana Alego, został zapewne porażony, brutalną, zgoła wahhabicką stylistyką jego wywodów, unikającą merytorycznej dyskusji, opartą na sloganach panarabskiego szowinizmu. Każdy próbujący go krytykować, nazywany jest w najlepszym przypadku proamerykańskim imperialistą, osoby próbujące mimo to podtrzymywać dyskusję otrzymują łatkę "syjonistów", a następnie, zamiast argumentów otrzymują bana, pod pretekstem "spalonej kutikuli". Pan Ali nie powstrzymuje się też od oceniania tak dyskutantów, jak i ich kraju, jego tradycji i kultury. Sposób, w jaki to robi, przywodzi na myśl wiek siedemnasty i poczynania jego poprzedników, walczących z husarią Sobieskiego: "pohańcy lżeniem wywabiali na harc, głosem wielkim wykładając naszych obyczaje". Nic dziwnego, że znajduje się wielu, ktorzy odpowiadają mu w podobnym tonie i stylistyce. I tak, mała, przytulna kuchenka, w ktorej na codzień można ogrzać się w cieple sławy i myśli głośnych na cały kraj publicystów, zamienia się w karczmę "gdzie można prać się po pyskach i żgać nożami, kiedy tylko przyjdzie na to ochota".
Cała ta strzelanina byłaby może lokalnym folklorem, nie pociągającym za sobą głębszych konsekwencji, gdyby nie czasy, w których żyjemy. A są to czasy rozbuchanego dżihadyzmu, kiedy rząd dusz obejmują ekstremiści, głoszący wszem i wobec świętą wojnę, w celu odebrania "niewiernym Lechistanu" majątków, utraconych na skutek piętnastowiecznej, kastylijskiej rekonkwisty i późniejszej działalności Torquemady i jego katów z hiszpańskiej Inkwizycji.
W takim momecie podgrzewanie atmosfery "dyskusji" z jawnie prowokującym mudżaheddinem nie leży w naszym interesie, bo jedyne, co może spowodować, to aktywizacja jemu podobnych fanatyków. A samemu sprawcy zamieszania wypada zadedykować historię o imamie Alim Ibn Abi Talibie i konwertycie Abd Allah'u Ibn Saba.
Jemeński konwertyta Ibn Saba darzył Alego tak wielką czcią, że w miejscach publicznych lżył głośno dotychczasowych kalifów: Abu Bakra, Umara i Usmana, odmawiając im autorytetu. Rozgniewany niewczesnymi hołdami Ali kazał pojmać krzykacza i doprowadzić przed swoje oblicze, aby wyznaczyć mu karę. Doprowadzony przed Alego, Ibn Saba padł na twarz i spytał: " O wielki, co mam czynić aby oddać Ci należną cześć?". Po długim namyśle Ali odparł: "Idź do moich wrogów i służ im, tak jak dotąd mnie służyłeś". zaskoczony Ibn Saba zdołał jedynie wyjąkać:"Dlaczego?". Ali stwierdził: "Bo wtedy im, nie mnie, będziesz przynosił ten wielki wstyd".


Komentarze
Pokaż komentarze (24)