Język nas łączy i dzieli. Porozumiewamy się w języku i rozpoznajemy się po języku. Jest on czymś w rodzaju lustra, w którym odbija się umysł mówcy, pozwalając w przybliżeniu określić jego pochodzenie, charakter, pozycję i mentalne horyzonty. Pozostaje w ciągłym ruchu, dopasowując się do zmiennych form tworzonego przez siebie społeczeństwa. I porozumienie między osobami przychodzącymi z różniących się miejsc i warunków bywa nieraz trudne, jeśli nie niemożliwe. I nie mówię tu o zawodowych czy środowiskowych slangach, które obecnie zdają się wypierać stare, regionalne gwary, mówię o czymś ważniejszym niż informacja, zawarta w słowach. Mówię o formie. Bo to, ze fraza w tekście, że forma w jakiej zostają podane słowa, decyduje o treści przekazu bardziej, niż informacja w tych słowach zawarta, to nic nowego. To elementarz dziennikarstwa.
Większość z nas żyje pod stałym naciskiem informacji i bodźców. Sama przejażdżka samochodem przez zatłoczone centrum miasta może spowodować stres, który człowiek sprzed stulecia mogłby śmiało rozłożyć na kilka dni życia. Nie daj Boże mieć jeszcze włączone radio. Większość tej, zalewającej nas informacji, wszystko to, czego wykorzystanie nie jest dla naszego umysłu niezbędne na tu i teraz, traktuje on jak obraz widziany kątem oka. Nie analizuje go. Zwłaszcza, kiedy informacja jest podana w formie trudnej, albo niezrozumiałej.
To, co niezrozumiałe, odbieramy intuicyjnie. Kształtem, barwą, uczuciem, skojarzeniem, nieznaną wartość przekazu przybliżamy do treści znanej, pojmowalnej, codziennej. Interpretacja niezrozumiałego, to królestwo formy.
Groteska, ironia, stosowanie kontrastowych i uproszczonych porownań dla pojęć, rzeczy, spraw krańcowo różnych, sprawia wrażenie żartu, śmiechu, a więc radości, uczucia poszukiwanego i pociągającego. Nawet jeżeli takie kontrastowe zestawienie wywoła odrazę, znaczyło to, ze pobudziło umysł odbiorcy do intensywnego działania i przebiło się przez informacyjne, codzienne "tło". Człowiek stawiający czoła paradoksowi nieświadomie koncentruje się na podanym mu zagadnieniu i jest zmuszony do intensywnego wykorzystania zasobu swoich pojęć i możliwości tworzenia skojarzeń, stając się niechcący sędzią poddanej mu kwestii (nawet, jeśli akurat trafił na oksymoron). To, o czym mówię, to także nic nowego. To elementarz reklamy. Cień, popłuczyna buddyjskiego koanu.
Czas powyborczy. Nasz kac i ich gromowe "Sieg heil". Coraz więcej tekstów neutralnych w formie a plugawych w treści. Tekstów, łapanych kątem oka. Milczeć, pozwolić im huczeć? Czytelnik wyrobiony, forum publicystów, salon? Tak, i stuletni zakład szewski, zaopatrujący kilka pokoleń dobrej burżuazji, który wywiesza wielki na pół kamienicy szyld "Studio Obuwia".
Nie wiem jak inni, ja uciekam we wspomnienia. Osiemdziesiąty szósty albo siódmy, lato, pot kapiący z nosa, dreszcze z gorąca. Swąd palonego próchna, metaliczny zapach jadu. Setki płowych iskier wkoło głowy, rąk, pleców, monotonny brzęk i otwarte, pszczele gniazdo.
Wiecie, jak sprawić, żeby pszczoły nie pogryzły? Ubranie w pastelowych barwach, oszczędne, spokojne ruchy i higiena, żeby nic nie śmierdziało? Owszem. Dobre na włoszki, albo kaukazy. Nie mówię o tych nowomodnych angielkach, do angielek można iść w kożuchu włosiem na wierzch, śmierdzieć obornikiem i na powitanie kopnąć w ul, nie zareagują. Idealne do miodobrania, ale niestety, całkiem nieodporne na rabunek. Mówię o naszej, rodzimej, polskiej rasie. Dać podczas przeglądu ula więcej dymu? Taaa. Tobie nic, pomocnikowi nic. A wieczorem przyleci sąsiad z mordą. Jedyne wyjście to zmie... tfu, uszlachetnić rasę. Zmienić matkę.
A to jest problem. Nie da się puścić młodej pszczelej matki prosto w otwarty ul, takie sztuczki przechodzą tylko w wyjątkowo gorące dni, takie jak bywały choćby w osiemdziesiątym roku, na Wybrzeżu. Matka wydziela feromon, zapach którym pszczoły z jej świty nasiąkają i przekazują go pozostałym robotnicom, kręcąc się między nimi. Jeśli w ulu pojawi się inaczej pachnąca pszczoła, wyrzucą ją, albo zatną na śmierć.
Podstawą jest bariera. Wstawiona w środek ula przegroda, której oka przepuszczają robotnice, ale nie pozwolą przedostać się matce. I nie chodzi o to, żeby zagrodzić starą, niepożądaną matkę byle gdzie; jeśli wyjdzie poza gniazdo, pszczoły wyjdą za nią. Starą matkę trzeba odgrodzić na miodni, gdzie jest dużo miejsca i zapas pokarmu. A naprzeciw wylotu ula wstawić młodą matkę, razem z własną świtą, w klateczce, której wylot jest zamknięty cukrowym ciastem. Wstawić między ramy z czerwiem, gdzie wylęga się młoda pszczoła, tak, zeby od razu po wyjściu nasiąkała zapachem młodej matki.
I wtedy wszystko zależy od świty matki starej. Jeśli należące do niej pszczoły będą się rozchodzić po ulu, kręcić między młodym pokoleniem, siedzieć na wylocie, nowo poddana matka nie ma szans, młode pszczoły szybko zorientują się, czyją wonią nasiąkły deski ula. Jeśli skupią się we własnym kręgu, młode będą znać tylko zapach podstawionej matki. I kiedyś, rozchodząc sie do zwyczajnych, potrzebnych rodzinie zajęć, do pracy, przejdą przegrodę.
Mam prośbę. Jeśli czyta to czowiek, znający się na pszczelarstwie, niech się nie unosi. I, na miły Bóg, niech nie pisze komentarzy, bardzo nie lubię się kłócić z ludźmi, których wiedzę szanuję.
Ten blog to nie jest podręcznik. Niczego.
Weteran Brygady Karpackiej, F. Bielatowicz, tak wspominał listy z domu, przysyłane zimą 1939/1940 do węgierskiego obozu dla internowanych:
<<"Ciocia Frania ruszy niedługo ze wszystkimi walizkami i kuferkami". Pod listem widniał dopisek cenzora, w gwarze śląskiej: " I pogubi galoty, jak ciocia Pola">>.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)