Działo się to w dorzeczu Czeremoszu. Jeszcze za Cysorza, ale w powietrzu czuło się już koniec Starych Czasów. Za mąż wychodziła ukochana córka miejscowego dziedzica. A nie był to byle jaki dziedzic, ale człowiek zamożny, gospodarny, nadto słynący po całych górach radą i sercem, zżyty tak ze ziemią, jak i mieszkającymi na niej ludźmi, dla wielu dobrodziej, dla wielu opiekun. Nie tyle bogacz, nie tyle szlachcic, co, jak mawiało stare chłopstwo - "pan".
Rzecz jasna, wesele też nie mogło być byle jakie. Pan nie zyskałby sobie tak wielkiego uznania wśród ludzi, u których hojność i gościnność były obowiązującym na codzień prawem, gdyby nie umiał zachować się według ich pojęć. Przyjęcie weselne miało być w istocie festynem, na który szczęśliwy ojciec, jak dobry gazda, sprosił nie tylko krewnych i herbowych, ale także wszystkich swoich pracowników i górali z okolicznych wsi. Oczywiście, zwołanie takiej ciżby ludzi nie było zadaniem łatwym, zwłaszcza, że musiało się odbyć w ceremonialny sposób. Uprzejmość i poszanowanie były dla huculskich górali prawem jeszcze bardziej świętym, niż gościnność, a na uchybienia, na jakie nikt z "dólskich" nie zwróciłby nawet uwagi, odpowiadano "bardką" i mszczono je w pokolenia.
Zatem, o dokonanie tak trudnego dzieła, poproszono ludzi niezwykłych. "Drużbami" na dziedzicowym weselu zostali: najsłynniejszy w okolicy gospodarz, który wiele lat "bacował" stadom z całej okolicy, oraz dwóch jego "juhasów", wszyscy trzej chłopy sławne siłą i sprytem, zdatne do rady i do zabawy, a ponad wszystko - obyczajne i honorowe bez przygany. Pasterzom, zajętym na codzień robotą, nijak bytło chodzić od wsi do wsi, zatem na zaprosiny wybrano dzień świąteczny, a na miejsce - karczmę, nieodległą od cerkwi, słynącej cudownym obrazem Bogarodzicy. Wiadomo było, że w tym miejscu i czasie będzie można spotkać każdego gospodarza z okolicy, a plotka o weselu "panienki" zwabi i tych, co na codzień omijali cerkiew, jak i tych, co omijali karczmę.
Dzieło odbywało się "za porządkiem": na karczemnym placu wystawiono stół, zastawiony kieliszkami i butelkami z okowitą. Przy stole urzędował "baca", nalewając w kieliszki i traktując co ważniejszych gości, zaś między pospólstwem uwijali się "juhasi", co chwila podchodząc po napełnione naczynia. Zapraszano każdego z szacunkiem i obyczajnie; każdy z przyszłych gości musiał wysłuchać formuły zaproszenia, oraz spełnić kieliszek za zdrowie przyszłych nowożeńców.
I tutaj zaczął się problem. Ktoś kiedyś powiedział, że grzeczność Rusina traktuje pojęcie "umiar" niemal na równi z pojęciem "obraza" i tak też było w przypadku naszych górali. Huculska etykieta nakazywała, by od poczęstunku wymawiać się długo i uparcie, tym dłużej, im większe poszanowanie miało się do częstującego. W równie dobrym tonie było wytrwałe nagabywanie częstowanego, a człowiek zawzięcie przymuszany przez kogoś znaczniejszego do spełnienia kielicha, poczytywał to sobie jako zaszczyt.
Drużbowie stanęli przed nie lada dylematem. Trzech ludzi, dwojąc się i trojąc nie mogło nadążyć wśród setek krążących wokół karczmy przybyszów. Nie wywiązać się z tak poważnego zadania, oznaczało utracić twarz wobec wieloletniego dobrodzieja, zaś uchybić grzeczności wobec sąsiadów i znajomków, oznaczało - utracić szacunek i narobić sobie wrogów na długie lata.
Na szczęście jeden z "juhasów" okazał się człowiekiem bystrym i wpadł na rozwiązanie salomonowe w swej skuteczności i prostocie. Podchodząc do zapraszanego chłopa, pozdrawiał go, po czym recytował formułę zaproszenia. Na uprzejmą odmowę przyjęcia poczęstunku... walił w zęby kułakiem wielkości kowalskiego młota i natychmiast podsuwał ukryty w drugiej garści kieliszek wprost pod nos - wciąż jeszce oszołomionego - interlokutora.
P.S.Można przeczytać, jeśli kogoś interesuje zdanie autora.
W pewnym momencie pomyślałem sobie: po co owijać anegdotę w komentarz? Po co tłumaczyć wyraźnie,do jakiego aktualnego, czy uniwersalnego (jestem jak widać, optymistą) problemu się odnosi? Celna przypowiastka przemawia wyraźniej i niesie więcej znaczeń, podana "saute" będzie mieć o wiele więcej smaku, niż ubabrana w płytkie (twarda konieczność!) przemyślenia autora. Zamiast kreślić "bohomazy", lepiej postawić fotografię. No, może dać tylko ramki. Skromne. Poprzednia notka była taką próbą. Niestety zamysł upadł, wsród huku słusznych "jobów"*. Dowiedziałem się, że historyczne zdjęcie oprawiłem w bazarową podróbkę, pomazaną, nb. w hackenkreuze*. Nie zrażam się łatwo, zatem spróbuję jeszcze raz. Sama anegdota, jako danie główne i tym razem żadnych diagnoz. A temat trzeba zaczerpnąć z tak odległej przeszłości, żeby każdy słuchał przypowiastki jak bajki o żelaznym wilku, nie odnajdując w niej żadnych aluzji do dnia dzisiejszego. Ale gdyby ktoś sądził, że jednak je odnalazł, niech wie, że pisałem o zjawisku. A czy konkretne osoby (a być może, sam autor) znajdują się w jego zasięgu , zadecyduje osąd Czytelnika.
Aha. Przypis poświęcam wszystkim, którzy, nie zadowalając się letnim "patriotyzmem", porzucają sen i posiłek dla Sprawy, walcząc o Przebudzenie "skarlałego"** Narodu przy pomocy patosu ciężkiego jak Zerwikaptur.
Dla osób, które, pomijając długaśny tekst zakończony konkluzją "ten blog to nie podręcznik", nie rzuciłyby nawet okiem na nagłówek (tam,gdzie stoi o księdzu Bohomolcu) i zechciałyby mi zwracać uwagę, że u Vincenza opisana historia wygladała nieco inaczej, zastrzegam sobie prawo do grzeczności, która zadziwiłaby nawet Hucułów.
* Przenośnia.
** Cytat.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)