Notkę tę piszę ubrany we worek, siedząc na kupce popiołu i skorupach z potłuczonej ślubnej zastawy. Kajam się, wstydzę, nie śmiem podnieść oczu na ekran (literówki!), nurzam się w żalu i pragnieniu ekspiacji. Mój poprzedni tekst, stwierdzam, jest zjawiskiem haniebnym, mylnym i daremnym, wstecznym, niskim i dewiacyjnym. Jest w nim tyle sensu, co w skakaniu do księżyca na nowiu (z motyką). Zaszło głebokie niezrozumienie zarówno cytowanego tekstu, jak i opisanego zdarzenia, i niezrozumienie to wystawia jak najgorsze świadectwo mojej moralności, zdolności kredytowej, oraz posiadanemu przeze mnie aparatowi poznawczemu.
Całe to fatalne zamieszanie ubrane w nihilistyczną formę i pustą treść, jest w dodatku wynikiem irytacji, ciemnego instynktu, niegodnego adepta Drogówki (na łbie napisano: siedem klas i kurs podoficerski). Irytacji spowodowanej tak zwyczajnym zjawiskiem, jak nerwowość otoczenia, wywołana damskimi fochami.
Otóż, proszę państwa, uaktywniła się nam ciotka Iza. Nikogo mieszkającego w odległości mniejszej jak 15 przecznic od naszego podwórka, nie dziwi fakt, że Iza żyje w zadawnionej wrogości z wujkiem Dariuszem, ale jak do tej pory, cała ta wrogość sprowadzała się do zwykłych pyskówek i wymachiwania pięściami na widok adwersarza. Ostatnio starsza pani wpadła w jakiś amok; otwarcie grozi Dariuszowi czynną napaścią i zapowiada, że urządzi go jak wujka Irka. Chłopina, nie dość, że ma dostać po łbie, to jeszcze ma stracić jakiś "potencjał jądrowy" (nie wiem o co chodzi, ale mam nadzieję, że grzeczne dziewczęta już śpią).
Fakt, Dariusz nie jest najmilszą postacią w sąsiedztwie, ale ciocia Iza też ma nieciekawą opinię: mówi się wiele o tym, jak utrudnia życie swoim pasierbom i wojuje po kolei z całym otoczeniem.
Świadkowie ciotczynych awantur popatrują na nie z mieszaniną zniecierpliwienia i ironii. Faktem jest, że starsza pani ostatni raz wdała się w otwarte mordobicie z sąsiadami gdzieś w połowie lat siedemdziesiątych, w dodatku to, co wówczas nastąpiło, ona sama określa jako istny Sądny Dzień. Od tej pory zdarzało się jej co najwyżej sprać smarkaczy, którzy mieli nieszczęście zapuścić się na jej podwórko. Czasem - całkiem Bogu ducha winnych. Jest całkowicie jasne, że jeśli Iza samodzielnie wystartuje do Dariusza z rękoczynem, nazbiera nahajów, jak ciocia Frania w czterdziestym, albo jak choćby wujek Rusłan w Afganie.
Tak czy inaczej, sprawa oparła się jak zwykle o wujaszka Sama. Zresztą, to właśnie Sam z kolegami, doprowadził wujka Irka do dzisiejszego, opłakanego stanu. Tyle, że wujaszek Sam siedzi za wodą i, jak na to wszystko wskazuje, ma swoje problemy. Nic dziwnego, ktoś musi zarobić i na siebie, i na wojowniczą ciotuchnę.
Tak więc napięcie trwa, podsycane przez tego czy owego potomka Izy, który krążąc między gawiedzią rozpowiada, co jego matka zrobi, jak wreszcie dorwie "tego zakichanego turbaniarza". Nic w tym niezwykłego, miłość matczyna i synowska to rzecz wielka, a objawiona w takiej chwili, nasuwa na myśl rzeczy wzniosłe.
Na przykład nasuwa wspomnienie czeskiej Pragi, 1915 roku, kiedy to zgrzybiała staruszka pchała na inwalidzkim wózku mężczyznę w wojskowej czapce, który wymachując w powietrzu drewnianymi kulami wołał: "Na Belgrad! Na Belgrad!". Wszystkim zainteresowanym podpowiem, że żołnierze k.u.k. monarchii nosili na czapkach nie godło państwowe, a tzw. monogram monarchy (Franz Josef der Erste, w skrócie "FJ I"), który to monogram niemieckojęzyczna gawiedź tłumaczyła równie opacznie, co złośliwie.
Skoro mówimy tu o rodzinnych uczuciach, jeśli ktokolwiek z moich rodzonych zachce mnie trzepnąć czapką po uszach, za radosną a pustą paplaninę, powiem mu w oczy, że nie ma racji. Bo, jeśli ze względu na tę całą chryję, ciocia Iza ma podobno traktować ciocię Polę lepiej jak dotychczas, a przede wszystkim przestać jej obrabiać zadek przed całą ulicą, przez opowiadanie niestworzonych historii, to dlaczego tego lepszego traktowania nie widzę? Odpowiedź: "Boś głupi..." nie wyczerpuje tematu; uliczne ploty, złośliwe kuplety i inna propaganda, nie są bynajmniej przeznaczone dla mądrych. Zresztą, na przetrąceniu wujka Irka też mieliśmy zyskać niestworzone kokosy, a skończyło się na stratach, słowach uznania i kopie w zad.
Tak czy inaczej, cała ta gadanina wygląda raczej na mielenie powietrza, niż na poważny poblem dla otoczenia. Mam nadzieję że tak pozostanie, i z tą nadzieją porzucam temat awanturnej ciotuni raz, a dobrze.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)