Motto: Gdyby to "agresywne państwo" nie walczyło przez 60 lat, wszystkich was ci biedni Arabowie zagoniliby do meczetów! (anonimowy użytkownik forum WP.pl)
Motto 2: Well, buddy - you've been warned. (Nick Cave and the Bad Seeds)
Kiedy na szosie zawarczały diesle transporterów, od Zamościa pobłyskiwał dopiero nieśmiały, wiosenny przedświt. Rozpaczliwa nadzieja kazała mi poderwać się z pościeli, ale do drzwi już waliły kolby automatów; z rezygnacją opuściłem na wypolerowane panele podłogi stopy obute w gumofilce. Moja ślubna trzęsącymi się rękami zawijała w folię kanapki z salcesonem, gdy szedłem do drzwi, leniwie i koślawo nawijając na głowę turban. Cóż, czapka wątpliwego fasonu, ale wszyscy dostaliśmy takie w prezencie po jednym z masowych obrzezań, jakimi znaczyły swą drogę zwycięskie oddziały Kalifatu owej straszliwej zimy 2015.
Na progu stało dwóch brodatych, w czarnych uniformach i równie czarnych zawojach. Ten, co walił do drzwi pokazał ręką za siebie: Peć minut na droga! Drugi, nic nie mówiąc sięgnął w zanadrze mojego T-shirta, po czym zdumiony zagapił się na metalową, sześcioramienną gwiazdkę o równych, prostokątnych promieniach, która zwisała mi z szyi. Na szczęście do wiejskich posterunków Strażników Rewolucji rekrutowano ledwie piśmiennych Beduinów z co bardziej napromieniowanych zakątków Synaju, jeden z drugim nie rozpoznałby chrystogramu Chi-Ro, nawet gdyby mu pod spodem podpisać: in hoc signo vinces.
Na szosie gęstniał już tłumek mężczyzn, których Strażnicy kolbami zaganiali na paki ciężarówek. Gdzieś w tłumku mignęła ostro ciosana, buraczano-fioletowa twarz i zawiesiste wąsy Burmistrza, i wszystkie głowy pochyliły się jak na komendę. Beduini, z tego co wiem, mieli go za jakiegoś lokalnego derwisza, a nikt z naszych nie chciał im tłumaczyć, że sława tego notorycznego pijaczyny powstała stąd, że zakończył w naszej gminie wykonywanie kary chłosty. Zakończył zaś, gdy czwarty z kolei gminny kat (przezywany Alim Al-Misri, z powodu wprawy, z jaką okradał więźniów) poszedł na chorobowe, naderwawszy sobie ścięgna prawej ręki. Tej samej, którą musiał - po raz trzeci tego samego dnia - wymierzyć temu właśnie, słynnemu żulowi, tradycyjną karę czterdziestu kijów za posiadanie butelki wódki.
Przed Wysokiem nasz konwój przepuścił drugą, identyczną karawanę ciężarówek, obstawianych przez saudyjskie Bradley'e oznaczone zielonymi chorągwiami kalifatu. Chłopów z Godziszowa wiozą! - przeleciała sensacyjna wieść. Na peryferiach Lublina kolejki kamionów wymieszanych z pancerkami zjechały na bok, eskorta ustawiła nas wśród wrzasków w czwórkową kolumnę i popędziła ku centrum. Już z daleka widać było wyzłacaną kopułę, rozrośniętą nad dawnym Placem Litewskim.
Meczet Męczenników. Pamiątka bezimiennych bojowników Hezbollahu, którzy przez długie miesiące, zanim ruszyła panarabska ofensywa, przenosili przez izraelskie checkpointy, przez tunele pod Murem, ukryte po kieszeniach grudki irańskiego plutonu, by po tamtej stronie składać je w umówionych miejscach, ziarnko do ziarnka, aż do osiągnięcia masy krytycznej. Pamiątka po bojownikach, którym udało się skazić wszystkie ujęcia wody na południe od Wielkich Jezior bakterią endemicznej, libijskiej cholery*.
W wielkim, zastawionym gumiakami i wojskowymi opinaczami przedsionku, Strażnicy Rewolucji przekazali nas uzbrojonym chademom. Wśród przepędzanego jak trzoda i rzucanego na kolana, rząd za rzędem, tłumu przechadzał się sam mułła, zbrojny szablą o sztychu rozdwojonym jak wężowy język; na ciemnym ostrzu wiły się złote żmijki arabskich liter: Nie masz męża nad Alego, nie masz miecza nad Zulfikar. Ale spojrzenia przyciągała tylko rękojeść - oszlifowany na gładko kawał brudnego, szarozielonego szkła. Stopiony atomową eksplozją piasek z plaż Tell' Habib.
W miarę jak zapełniała się potężna sala pod kopułą, strażnicy coraz bardziej usuwali się ku ścianom i wyjściu, jakby nie śmiejąc zapuszczać się między przybyszów. Uśmiechnąłem się gorzko. Niełatwo było cały tydzień chodzić i spać nie ściągając butów, ale chałaciarze powinni zapamiętać raz na zawsze, że zmuszanie Polaków do jakiejkolwiek niechcianej aktywności jest zajęciem nużącym, kłopotliwym i bezowocnym. Natychmiast skorzystaliśmy z rozluźnienie nadzoru; nad tłumem narastał gwar, ten i ów z Godziszowiaków z zimną krwią wyciągał z kieszeni różaniec. Rozejrzałem się dokoła. Z prawej siedział dryblas w spranej koszulce z wielką rybą i nieco mniejszym napisem LEDNICA 2006, z lewej - jakiś mało sympatyczny pióracz, z biegnącym przez plecy napisem SLAYER. Pióracz popatrzył na nas i uśmiechnął się półgębkiem: Pierwszy raz? Szczęściarze. Nam robią takie spędy co piątek. Rozsiądźcie się wygodnie, bo prędko się nie skończy, dla nowych lubią mieć coś specjalnego.
Sala zapełniła się wreszcie i do minbaru podeszła grupka mężczyzn. Pośrodku czarnych turbanów migał rozmyty zielony punkt: zawój na głowie odwróconego plecami, niemłodego człowieka. Przyciągał wzrok i ciekawił, ale kiedy jego posiadacz obrócił się twarzą do tłumu nagle przestałem widzieć cokolwiek innego. Wprawdzie głowę skrywała mu zielona tkania, a szyderczy zazwyczaj wyraz ust ginął w obfitej brodzie, ale wystarczyło jedno bezlitosne spojrzenie tych przepełnionych wiedzą i ironią oczu, żeby go poznać. Tak. To był ON. Znany i w rodzinnym Izraelu i w Ojczyźnie, niezłomny bojownik o sprawę swoich rodaków, bicz na głowy zabobonnego Ciemnogrodu, niepohamowany młot przeciw najsubtelniejszym i najgłębiej ukrytym miazmatom antysemityzmu, głośny w swoim czasie orędownik militarnej, prewencyjnej rozprawy z rozszalałymi dżihadystami. Stał tam, otoczony gromadą zbrojnych wrogów i bez drgnienia powieki spoglądał w tłum spędzony na okrutne widowisko. Na egzekucję.
Miałeś rację - wydyszałem w ucho pióracza - coś specjalnego. Przywlekli tu tego nieszczęśnika, żeby zamordować go na naszych oczach. Dzikusy bez kultury... Oczy pióracza prawie wyszły z orbit: Kogo mają mordować? Tego w zielonym turbanie? Kiwnąłem głową, a mój rozmówca zakrztusił się od tłumionego śmiechu: Frajer, pompka! Dlaczego mieliby go mordować?! To przecież Ali Berber! On już od pół roku jest tu muezzinem!
Na znak przewodnika strażnicy oderwali się od ścian. Z minbaru dobiegł nadpęknięty, lekko nosowy głos śpiewaka, lufy i ostrza szturchnęły w oporne karki i klęczący tłum pochylił się, rząd za rzędem ku piętom poprzedników. Nad głowami wił się coraz bardziej fałszywy zaśpiew, karki podnosiły się i zginały w nieustannych pokłonach.
I nie było w tym żadnej radości, tylko smutek i smród wielki.
*Podobno są w Libii miejscowości, gdzie cholera jest tak powszechna, że u miejscowych objawia się wyłącznie dlugotrwałą i obfitą biegunką. Pewien libijski lekarz, dowiedziawszy się wreszcie, co znaczy słowo powtarzane stale przez polskich kolegów, miał stwierdzić: Jesteście ludzie dowcipni, ale i złośliwi.


Komentarze
Pokaż komentarze (24)