307 obserwujących
797 notek
5009k odsłon
2684 odsłony

Mówiłem Panie Radku… (cz. II – Rzym)

Wykop Skomentuj26

Startowaliśmy tuż przed dziewiątą w sporym ścisku.  Prawie kilometr zajęło nam zanim mogliśmy zacząć normalnie biec. Od tego momentu rozdzieliliśmy się z Milą bo biegamy w rożnym tempie. Od tego mementu też najważniejsze było śledzenie tempa na zegarku by nie dać się ponieść i drobi by nie wywalić się na stanowiącym grubo ponad połowę nawierzchni trasy bruku. Z Via del Fori Imperiali, gdzie był start, ruszyliśmy w kierunku Circus Maximus. Nie pamiętam już czemu akurat zaraz za Circus, na Viale Aventino miałem najszybszy kilometr.

Trasa w Rzymie jest piękna ale ciężka. W zasadzie trudno mi przypomnieć sobie jakiś dłuższy odcinek po płaskim. Ciągle było do góry i w dół. Na 8 km pierwszy raz przebiegliśmy na drugą stronę Tybru. Co 5 km były punkty z wodą i izotonikiem (po połowie biegu także z owocami) a pomiędzy nimi punkty z gąbkami. Rygorystycznie pilnowałem by punkty z piciem i gąbkami przechodzić wyrównując oddech. Zabierałem też w trasę jedną póllitrową butelkę z wodą by po 2 km napić się i wylać resztę na siebie.

Mimo sporej samodyscypliny biegłem dość szybko radząc sobie z podbiegami i wykorzystując fragmenty biegnące w dół. Na trasie było bardzo dużo kibiców a wśród nich orkiestry, zespoły i pojedynczy muzycy (o dziwo najczęściej perkusiści). Ok. 10 km zaczęli pojawiać się pierwsi biegacze odpuszczający tempo biegu albo starający sobie poradzić ze skurczami. O dziwo wśród nich sporo tych z zielonymi i niebieskimi numerami. Biegłem swoje choć zacząłem mieć obawy. Skoro ci lepsi puchną… 21 kilometr minąłem w czasie tylko 3 minuty gorszym od mojego oficjalnego rekordu w półmaratonie. Na 29 miałem chwilowy kryzys. Tam był taki długi i stromy podbieg a na jego końcu… droga zawracała i okazało się, że to połowa podbiegu. Te drugą połowę przeszedłem.

18 km to Via della Coznzillazione i Plac Św. Piotra. Niedługo po mszy z Ojcem Świętym. Część biegaczy zdążyła na niż.

3 godziny minęły gdy ja minąłem 33 kilometr. Szansa by zejść poniżej 4 godzin okazała się czymś realnym i wtedy… Wtedy przypomniałem sobie, że maratony biega się przede wszystkim głową. Zniknął gdzieś „biegowy świr” a ja przypomniałem sobie ile czasu czekałem na ten medal. Diabeł z 4 godzinami, przede wszystkim skończyć… Ostatnie 9 km na przemian szedłem i biegłem. Biegnąc mijałem wielu takich, którym zabrakło sił nawet na marsz. W pewnym momencie zwolniłem koło dziewczyny w koszulce z orzełkiem i z niebieskim numerem. „Dziś 4 godzin nie złamiemy” zagaiłem. Zaczęła się żalić na upał, na  małą liczbę punktów z wodą (moim zdaniem było ich dość). Powiedziała, że to jej 17 maraton. Chwilę przeszliśmy razem a potem powiedziałem, że jeszcze pobiegnę i ruszyłem do przodu.

W marszobiegu pomagali kibice, którzy wykrzykiwali imiona (wypisane na numerach) tych, którzy szli.

Ostatnia część trasy to znów Rzym historyczny i piękny. Choć i tak najmilej wspominam mieszkalne części miasta na lekkim uboczu, których normalnie bym nigdy nie zobaczył.

Końcówkę przebiegłem i przeszedłem z dwiema towarzyszkami. Dziewczyną z Hiszpanii i Angielką lub Amerykanką. Ta pierwsza podobnie jak ja na zmianę biegła lub szła. Ta druga powoli ale niesamowicie konsekwentnie biegła. Nasza współpraca wyglądała tak, że kiedy szedłem i któraś z nich zrównywała się ze mną, zaczynałem biec. Powtarzało się to kilka razy. Po wszystkim podziękowałem obu za wsparcie.

Od tunelu pod Kwirynałem patrzyłem już tylko do przodu wypatrując mety. Przez to nie widziałem Hiszpańskich Schodów. Tunel to w ogóle jedyne rozczarowanie na trasie. Mój brat na długo przed wyjazdem przeszedł z Googlem cała trasę i mi o tym tunelu powiedział. Ucieszyłem się i spodziewałem się czegoś jak tunel na trasie F1 w Monte Carlo. Było coś podobnego do ukrytych baz U-Botów.

I wreszcie meta. 4,23. Medal, moja folia, picie, owoce i kawałek keksa którym jedna nobliwa dama częstowała biegaczy.

Byłem w świetnej formie. Żadnych zadyszek czy bólu mięśni albo skurczy.

Zaraz napisałem do Weronki a ona odpisała, że już jest. Zdążyła po mszy na która nie tylko się dostała ale była tak blisko Franciszka, że omal nie jeździła z nim papamobilem.

Przebrałem się i odpoczywając czekaliśmy na Milę przy ciężarówce z jej depozytem. Weronka ma jakiś dodatkowy zmysł bo w pewnym powiedziała, że idzie do mety. Niedługo później wróciły obie.

Mila to fenomen tego biegu. O ile ja miałem przerwy w przygotowaniach ona miała biegowe przerwy w różnych kłopotach. Specom od długich biegów głupio by się zrobiło gdyby porównali jej „plan treningowy” ze swoimi dogmatami na temat przygotowań. A dotarła do mety pokonując w niezłym tempie 25 km.

Po powrocie do domu i doprowadzeniu się do normalnego stanu zjedliśmy obiad na Via Magnagrecia, a później poszliśmy na kawę i lody do gelaterii tuż obok naszej kwatery.

Wykop Skomentuj26
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Sport