Jeśli popatrzyć na mapę, większość planety jest zajęta dużymi krajami. Sześć krajów - Rosja, Canada, Chiny, Stany Zjednoczone, Brazylia, Australia - zajmują raptem 42% terenu. Reszta - 58 procent - przypada na 220+ krajów, z których przytłaczająca większość (200 z czyms) nie zajmuje i jednego procenta planety.
Z ludnością jest jeszcze gorzej: sześć pierwszych krajów - Chiny, Indie, Stany Zjednoczone, Indonesia, Brazylia oraz Pakistan skupia ciut więcej niż 50% ludności. Reszta przypada na te same 220 krajów, z których tylko pierwsze dwadzieścia coś znaczą.
Jak z kapitałem? 53.6% światowego PKB brutto generuje pięć pierwszych krajów - Stany Zjednoczone, Chiny, Japonia, Niemcy i Francja, przy czym po uwzględnieniu realnej siły nabywczej 51.6% światowego PKB generują Stany, Chiny, Japonia, India, Niemcy i Rosja.
Do czego pije?
Zauważyliście, że żaden kraj europejski nie jest w czołówce powierzchni (a więc zasobności w surowce) oraz ludzi (czyli siły robotniczej), i tylko oddzielne kraje europejskie coś znaczą w kwestiach gospodarczych?
Ktoś powie - pieprzę te ratingi. Po co to, oczywistych związków ze standardami życia to nie ma (mieszkańcy Chin oraz Indii, a nawet wciąż jeszcze Rosji, nie przywołują skojarzeń z luksusem), a lepiej żyć samodzielnie niż łączyć się w jakieś ponadnarodowe molochy i rezygnować z niepodległości.
Problem polega na tym, że nie ma czegoś takiego jak niepodległość polityczna bez niepodległości faktycznej (m.in. gospodarczej, naukowej, wojskowej, kulturowej). Nie można ignorować różnic w potencjałach:
- Nie zechcą łączyć się politycy - zechcą kapitaliści, którzy wprowadzą obcy kapitał i uzależnią gospodarkę od silniejszego sąsiada.
- Jeśli politycy uniemożliwią to restrykcyjnym prawem - zaczną uciekać "mózgi", czyli najcenniejszy z zasobów - ludzie.
- Jeśli państwo wprowadzi wizy wyjazdowe ... no, dalej chyba nie trzeba, bo akurat Polacy wiedzą, na ile efektywne na dłuższą metę są takie rozwiązania. 40-45 lat - to maksimum, co dało się osiągnąć w polskich warunkach.
Dlatego śmieszą mnie (jako Rosjanina) i trwożą (jako Rosjanina, związanego z Polską) te antyeuropejskie trendy w polskiej polityce. Niby nic mnie do tego, ale jednak zmuszają do zastanowienia, na ile pewna jest przyszłość Europy jako całości.
Uwierzcie mi, dla ludzi w Rosji, którzy mają kasę, Polska nie jest poważnym partnerem. Przecież tu bieda jest, jeśli chodzi o możliwości państwa. Dziury w budżecie, brak jedności woli w polityce, upadek dawnego nieprzemyślanego przemysłu z czasów socjalizmu. Gdyby nie gospodarcze i polityczne wsparcie pozostałych krajów europejskich, dawno zostałyby wam narzucone bardzo niekorzystne warunki "współpracy" - nie dlatego, że Rosjanie są źli, tylko dlatego, że takie są realia biznesowe - jeśli nie korzystasz ze swoich atutów podczas negocjacji, to je marnujesz. Nie ma przecież "uczciwej" ceny - jest taka, jaką wynegocjujesz.
Rozumiem, że wielu osobom nie podoba się, że Bruksela ma czasem więcej do powiedzenia niż Warszawa. Ale pomyślcie: jesteście członkami stowarzyszenia, z którego możecie wystąpić. Presja na was odbywa się za pomocą kasy (przy czym w ogólnym podsumowaniu Bruksela i tak na razie płaci Polsce, a nie na odwrót), a nie siły bądź groźb jej użycia. Bruksela przestrzega swoich umów, a nie łamie ich przy pierwszej lepszej okazji, korzystając z kruczków prawnych.
Jeśli ktoś myśli, że Polska mogłaby wystąpić z UE i mieć lepsze warunki współpracy z sąsiadami (tymi ze wschodu i zachodu), niech to jeszcze raz przemyśli.



Komentarze
Pokaż komentarze