Nawet w warunkach idealnego, nieskorumpowanego, społeczeństwa demokracja ma jedną wadę (która przy bardziej skorumpowanym społeczeństwie może być zaletą): każdy ma jeden głos.
Co w tym złego? Problem w tym, że to nie odbija rzeczywistości i naturalnych różnic w zdolnościach ludzi. Jeden głos profesora równa się jednemu głosowi menela, a nieliczni pracodawcy zostają przegłosowani przez bardziej licznych pracowników.
Owszem, ktoś może powiedzieć, że trzeba propagować swoją opinię, robić ją powszechną - i ludzie będą głosowali tak jak ty. Ale to jest recepta na podjęcie wyborów populistycznych - masy przekonują do siebie głównie proste, krótkowzroczne rozwiązania, a "trudnych decyzji" masy nie lubią. Mówiąc na przykładzie, gdyby w ciele ludzkim rządziła demokracja, tłuszcz przegłosowałby decyzję w ogóle zaprzestać ćwiczeń fizycznych.
Moim zdaniem, jest sposób zrobić głosowanie bardziej miarodajnym - i nie jest to nowe rozwiązanie, tylko uogólnienie starej zasady podjęcia decyzji przez "wybrańców narodu", czyli posłów. Tylko kryteria bycia posłem są nietypowe.
A więc: każde referendum ma się odbywać w dwa etapy. Podczas etapu pierwszego, każdy dostaje jeden głos i może wskazać dowolnego kandydata (nawet siebie), którego on uznaje za autorytet w danej kwestii (będącej przedmiotem referendum).
Po przeliczeniu owych głosów, odbywa się druga - właściwa - część referendum, podczas której wszyscy odpowiadają na podane pytanie. Tyle że każdy teraz dysponuje swoim głosem plusgłosami zebranymi w poprzedniej turze.
W istocie, pierwsza tura - to poniekąd wybór posłów, a druga tura - to podjęcie decyzji.
Dlaczego uważam to za bardziej sprawiedliwe? Bo z jednej strony, głosy przestają być równe, więc opinia profesora-ekonomisty będzie zapewne więcej ważyła, niż opinia studenta. Z drugiej strony, sami ludzie oceniają, czyj głos ma ważyć więcej, czyli nie ma tu odgórnej zasady, żadnego cenzusu wyborczego. Każdy może prowadzić swoją "kampanię wyborczą" na pierwszym etapie, i nie ma jakiejś określonej iłości głosów, którą miałby zdobyć, by zostać uznanym za reprezentanta narodu.
Jakie są minusy tego?
System ma rację bytu tylko w wysoce zinformatyzowanym społeczeństwie. Liczenie tego wszystkiego na papierze jest niemożliwe w praktyce, ze względu na czas i koszty.
Czyli, jak zawsze, rozwiązanie nie na teraz. Poczekajmy jeszcze 50 lat...



Komentarze
Pokaż komentarze