Potencjalni okupanci Stanów Zjednoczonych będą musieli walczyć nie tylko z US Army - do walki staną dywizje partyzantów, gdyż według szacunków ilość "spluw" w Stanach niedługo przekroczy iłość obywateli. Pomijając kontynuacje idealów wczesnych osadników, jest to doskonałe posunięcie obronne - zamiast garstki rezerwistów, których razem z ich pracodawcami trzeba kijowo-marchewkowo zachęcać do szkoleń, państwo zyskuje rzesze dobrowolnie przeszkolonych, wysoce zmotywowanych, potencjalnych żolnierzy (a przynajmniej partyzantów) - którzy za to wszystko jeszcze płacą!
Jestem szczerze zdziwiony, że w Polsce, znanej z obsesji (poniekąd uzasadnionych historycznie) na temat zagrożeń ze strony sąsiadów, dostęp do broni nie jest łatwiejszy niż w Niemczech czy Rosji. Argumenty, przedstawiane przez policję, świadczą o tym, że Polacy chcą przede wszystkim spokojnego życia (bo owszem, za posiadanie broni przez obywateli płaci się większym ryzykiem dostać kulę od przypadkowego dresiarza). Z drugiej strony, dostać nożem w brzuch też nie jest przyjemnie, a w przeciwieństwie do pistoletów, noszenie noży raczej nie pomoże zwykłym obywatelom obronić swojego majątku.
Jako ciekawostka: w Rosji (przy spełnieniu pewnych warunków, podobnych do tych wymaganych w Polsce, ale zapewne luźniej sprawdzanych) można kupić broń z lufą gwintowaną (przeróbkę wojskowych modeli) za około 3540 zł przez internet.
Tradycyjna taktyka polegająca na kosynierach obecnie uchodzi za trochę przestarzałą.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)