Pod moim wpisem o irlandzkim referendum zarzucono mi, że jakim prawem śmiem krytykować Lizbonę, skoro poparli ją bracia Kaczyńscy? Cóż, Kaczyńscy może zgodzili się na nowy unijny traktat, ale zrobili to bez przesadnego entuzjazmu - jak zresztą wielu innych europejskich polityków.
Ponadto nie mieli za bardzo alternatywy. Pamiętne negocjacje dotyczące dokumentu mającego być nazwanym traktatem lizbońskim miały miejsce na dwa dni przed wyborami w Polsce. Wówczas to prezydent zapowiadał początkowo twarde stanowisko i chęć zablokowania rozmów, co mnie, przeciwnika traktatu, mocno zaniepokoiło:
Kompletnie nie rozumiem, dlaczego akurat Polska wzięła na siebie niewdzięczną rolę głównego przeciwnika zmian w UE. Wystawia nas to ciosy i lawinę krytyki, gdy tymczasem nie my jedni mamy opory wobec „Traktatu Reformującego". Jest kilka tradycyjnie eurosceptycznych krajów (np. Wielka Brytania, Dania), gdzie wszelkie próby wprowadzenia nowego europejskiego porządku zakończą się klęską. Tylko, że tamtejsi politycy robią swoje po cichu.
Zapewne wielu europejskich polityków będzie zadowolonych, z tego, co robi Polska. Lecz głośno nikt nam nie podziękuje. Za to chór przeciwników staje się coraz większy. Możemy gardzić tymi wszystkimi lewackimi zwolennikami nowego Związku Sowieckiego, ale niestety czasem trzeba się z nimi dogadywać.
Realizować cele można na różne sposoby. W polityce międzynarodowej wybraliśmy ten najmniej do niej pasujący - głośne krzyki i deklaracje. Tymczasem dyplomacja, co chyba nie jest z mojej strony genialnym odkryciem, wymaga taktu, sprytu i elegancko zapakowanego cynizmu.
Wiadomo jak europejskie i polskie media przedstawiałyby PiS w razie załamania unijnych negocjacji. Kaczyński po prostu nie mógł sobie pozwolić na robienie zadymy w Brukseli. I nie zrobił. Czy jednak był to „elegancko zapakowany cynizm"?
Moglibyśmy się o tym przekonać, gdyby PiS wygrał w 2007. Wtedy kwestię traktatu rozgrywano by zapewne zupełnie inaczej. Jednakże po wyborach decyzje miał podejmować już ktoś inny - ludzie marzący o tym, by podobać się za granicą.
I to w tym momencie PiS zawalił sprawę:
Nielogiczne i błędne było zgodzenie się PiS na ratyfikację Lizbony przez Sejm. Awanturę trzeba było zacząć już wcześniej: pod hasłem obrony demokracji zażądać od PO zgody na to, by wypowiedziało się społeczeństwo. Mediom trudniej byłoby atakować zgłaszające taki postulat Prawo i Sprawiedliwość.
Na wiosnę liderzy PiS, w swoim stylu, sami wrzucili się w kanał. Odebrali sobie argumenty na przyszłość głosując za traktatem i doprowadzili do poważnego podziału w partii oraz rozdźwięku z jej zwolennikami:
Po długiej i burzliwej dyskusji, w nieoficjalnym głosowaniu członków partii (wszystkich - od posłów, poprzez radnych wojewódzkich oraz miejskich, aż do całkiem szeregowych działaczy) zdecydowanie zwyciężyli przeciwnicy Lizbony (43 do 23). Dla mnie to nie było zaskoczeniem, podobnie jak dla każdego znającego nieco poglądy członków i sympatyków partii na traktat.
Dla meandrów polityki PiS jest stale jedno to samo, ale mocne, usprawiedliwienie: potężny nacisk ze strony mediów, innych partii oraz zagranicy. Nikt nie wiedział, że dzięki Irlandii pojawi się szansa na zwycięstwo z ogarniającym UE szaleństwem.
Lecz mimo to PiS zostawił sobie dodatkową opcję. Prezydenta. Jeszcze w marcu podjął on decyzję, że nie podpisze ustawy ratyfikacyjnej. Pisałem o nim wtedy, że jest wielki:
Wielkość polityka nie polega na sprawności w schlebianiu masom, ale na narzucaniu im nowych sposobów myślenia. Mężami stanu zostają politycy, który potrafią poradzić sobie nie wtedy, gdy są przez tłum wielbieni, ale wówczas, gdy muszą przekonać miliony do swoich słów.
(...)Trochę niespodziewanie Lech Kaczyński podjął grę, która może skończyć się dla niego bardzo źle, albo też dać mu spektakularny triumf. Lecz bez wątpienia prezydent udowadnia właśnie, że jest politykiem wyróżniającym się swoim formatem od karłów naszego życia publicznego. I jeśli ktoś z naszej epoki ma trafić w przyszłości do podręczników historii jako przykład męża stanu, to właśnie on.
Nie wiem, czy zachowanie prezydenta sprzed trzech miesięcy uwzględniało obecny scenariusz wydarzeń. Zapewnie nie. Nie zmienia to faktu, że posiadając pewien konkretny pogląd, Lech Kaczyński zdecydował się na ryzyko. Dzięki temu w tej chwili może on spokojnie wyrzucić Lizbonę do kosza.
W Unii obowiązuje od pewnego czasu zasada rządów siły. Pod pozorem konieczności uzyskania kompromisu część „postępowych" państw narzucała swoją wole innym. Bynajmniej nie znaczy to jednak, że osiągano satysfakcjonujące wszystkich rozwiązania. Irlandia już opowiedziała się przeciw Lizbonie. Gdy zrobi to także Polska, podążą za nami kolejne państwa. I wtedy się zobaczy, kto tak naprawdę „nie rozumie Unii".


Komentarze
Pokaż komentarze (53)