Wydana właśnie książka IPN o Lechu Wałęsie przeraża wiele osób nie z powodu "szargania świętości", jaką podobno jest były prezydent. Nie, strach budzi fakt, że w końcu znaleziono skuteczny sposób na przeprowadzenie lustracji.
W tak szerokiej publikacji znalazło się bardzo wiele informacji nie tylko o samym Wałęsie. Prawdopodobnie na kartach tej książki znalazło się dużo więcej nazwisk współpracowników SB. Ludzie, którzy przez lata byli pewni, że nikt nie pozna ich parszywej przeszłości bedą musieli nareszcie się przyznać.
A teraz pomyślmy, że po "SB a Wałęsa" powstałyby kolejne książki - już zresztą powstają. Zgodnie z ustawą o IPN w publikacjach naukowych można swobodnie operować danymi z teczek. Wymaga to więcej pracy, ale jest skuteczniejsze niż popularne kiedyś listy agentów - gdyż od razu umieszczają TW w kontekście konkretnych wydarzeń.
Kiedy rok temu Trybunał Konstytucyjny praktycznie zablokował inne możliwości lustracji, wydawało się, że to koniec. "SB a Wałęsa" pokazuje, że dla odpowiednich ludzi nie ma nic niemożliwego.
I dlatego przerażeni obrońcy kłamstwa zdecydowali się teraz na desperacki ruch. Chcą zmienić ustawę o IPN tak, by nie powstawały już więcej publikacje, które służą do politycznego linczu. Czyli - koniec z badaniem historii. Zamknąć archiwa, a w IPN zamiast historyków zatrudnić cieciów. I czekać, aż akta zgniją.
Wrogowie prawdy zapominają jednak, że nawet jeśli teraz wygrają, to ktoś kiedyś może znów otworzyć archiwa. I co wtedy? Dlatego proponuję, by korzystając z dogodnej sytuacji po prostu akta IPN spalili. Przecież o tym marzą, więc po co mają się ograniczać?
No dalej, podłóżcie ogień pod stosy!


Komentarze
Pokaż komentarze (18)