Wałęsa uwielbia powtarzać „ja obaliłem, ja walczyłem, ja!", ale w rzeczywistości byłby nikim, gdyby nie odwaga i ofiara takich ludzi, jak górnicy z „Wujka". Gdy Michnik pisał intelektualne listy do swojego przyszłego przyjaciela - Kiszczaka, bohaterowie, których nazwisk nikt już nie pamięta ginęli w całej Polsce. Zabijani przez SB i ZOMO przez zdrajców i na rozkaz zdrajców - pobierających w wolnej Rzeczpospolitej wysokie emerytury.
Gdyby postsolidarnościowej elicie zależało na ukaraniu zbrodniarzy, już dawno by to uczyniono. Zamiast tego wybrano wspólne z komunistami tuszowanie przeszłości, czego symbolem jest Wałęsa wysyłający dawnych esbeków po swoją teczkę.
Dziś skazano wykonawców rozkazów. Z jednej strony jest to postęp, bo do niedawna obowiązywała wersja, że ofiary stanu wojennego wystrzelały się same. Dobrze więc, iż wskazano ludzi, którzy zabijali - nawet jeśli od popełnionych przez nich czynów minęło prawie 30 lat.
Lecz fakt, iż nie ukarano tych, którzy morderców wysłali sprawia, że na ławie oskarżonych powinni zasiąść teraz wszyscy odpowiedzialni za to zaniechanie. I niech odpowiedzą: dlaczego nie zadbali o sprawiedliwość, tam, gdzie było to najbardziej potrzebne? Czemu, tak jak Wałęsa, wybrali morderców, nie ofiary?


Komentarze
Pokaż komentarze (14)