Można rzec: „Wyborcza" kłamała, kłamie i będzie kłamać. Maleszka był podwładnym Adama Michnika, mimo iż ten już w 1997 wiedział o jego wyjątkowo haniebnej przeszłości. W listopadzie 2001 urządzono pokazową szopkę, po której Maleszka mógł dalej pracować, aż do teraz. Nawet jednak w ostatnich dniach, gdy kapusia i płatnego zdrajcę w końcu zwolniono z „Gazety" jej redaktorzy kłamali dalej. Jarosław Kurski stale powtarzał, iż „praca Maleszki miała charakter socjalny i humanitarny" (cokolwiek by to nie znaczyło), niemal przysięgając, że Ketman u nich żadnych tekstów nie publikował.
Wojciech Orliński, zgodnie z przyjętą linią, także bagatelizował rolę Maleszki: Przyzwyczailiśmy się do tego, że od 2001 widzimy go jako przemykającego gdzieś boczkiem zgarbionego człowieczka, tyleż rozpaczliwie co bezskutecznie usiłującego złapać kontakt wzrokowy z kimś, kto mu powie „cześć".
Cóż, może Orliński nie mówił Maleszce „cześć", za to szefowie Agory mu płacili i zamawiali kolejne teksty. O czym to świadczy? Można rzec: o niczym. Przecież brak wszelkich zasad wśród tego środowiska to żadna niespodzianka.
Lecz pozostaje pytanie: co dalej? Jak wiadomo, nie jestem zwolennikiem bojkotu żadnych mediów, ale coraz bardziej jestem skłonny zrobić wyjątek dla gazety Ketmana. Nie widzę powodu, by milcząco godzić się na niemoralne postępki kogokolwiek - w tym i dziennikarzy. Ich kłamstwa są tym bardziej szkodliwe, że przecież nie na cynicznym oszukiwaniu społeczeństwa powinna polegać rola prasy w wolnym kraju.
„Gazeta Wyborcza" powinna oficjalnie przeprosić - nie za zatrudnianie Maleszki, bo prywatna firma może robić co chce. Mogli go nawet zrobić redaktorem naczelnym. „Wyborcza" ma przeprosić za co innego: szereg kłamstw powtarzanych od lat w sprawie Maleszki. I wyjaśnić, dlaczego publicznie zaprzeczała faktowi, iż prawdopodobny sprawca śmierci najbliższego przyjaciela pisze dla nie teksty.


Komentarze
Pokaż komentarze (29)