W pechowy piątek 13 września 2013 w którymś z dzienników telewizyjnych mignęła krótka informacja z Legnicy. Miejscowe władze zaprosiły oficerów, a może też szeregowych żołnierzy Czerwonej Armii, którzy wraz z rodzinami stacjonowali w tym mieście. Bronili naszej granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Zaproszono ich z okazji kolejnej rocznicy wydalenia sowieckich wojsk z wolnej demokratycznej Polski. Dziś pomnik krasnoarmiejców w Legnicy został oblany czerwoną farbą.
Politycy wmawiają ludowi, że nie ma cenzury. To chciałbym zapytać, dlaczego legnickiego incydentu nie pokazano szerzej w stacjach telewizyjnych? Imprezę zorganizowano w imię pojednania. Pewnie, jak to w takich przyjaznych zdarzeniach bywa – pojedli, popili, powspominali. Wielu ludzi, zwłaszcza młodych, może mieć wątpliwości.
Przyjaciele to byli, czy okupanci? Tak czy inaczej – pojednanie jest dobrą decyzją.
Myślę, co by było, gdyby na tej samej zasadzie zaproszono byłych żołnierzy Wehrmachtu, z plutonu egzekucyjnego, którzy jesienią 1939 roku rozstrzelali 10 niewinnych Polaków, wybranych ze 100 zakładników, w Otorowie i Szamotułach, wtedy zwanych Ottoswalde i Samter w Wartegau, czyli w woj. poznańskim.
Widziałem tę egzekucję z bliska. Tak, oddziały Wehrmachtu mordowały cywilów w Polsce. W opisywanym tu przypadku kara śmierci była za to, że ktoś w nocy wywiesił przy urzędzie gminy białoczerwoną flagę.
Czy byłoby możliwe takie spotkanie pojednawcze z Niemcami, jak z Rosjanami w Legnicy?
Idźmy tym tropem dalej. W Niemczech żyje jeszcze duża grupa strażników Auschwitz-Birkenau, niemieckiego obozu zagłady w Polsce.
Spotkania pojednawczego z tymi ludźmi nie potrafię sobie wyobrazić. Wspólny spacer po rampie, w kierunku rozbieralni, komory gazowej i krematorium. Droga, którą przeszło ponad milion Żydów skazanych na Holocaust. Potem posiłek przy wspólnym stole, kawa, ciastko, przyjazny toast?
Mimo wszystko pojednania są potrzebne. Nie można wiecznie żyć w nienawiści. Podajmy sobie ręce – katolicki znak pokoju…


Komentarze
Pokaż komentarze (2)