12 obserwujących
35 notek
62k odsłony
  2593   2

Matejką do Australii

PRAKTYKI W PLO

Trzeci rok rozpoczął się od wyfasowania nowych oficerskich mundurów.

Dwurzędowe marynarki ze złotymi guzikami z kotwiczką i czapki z daszkiem z emblematem sporej, złotej kotwicy, biała koszula z kołnierzykiem i krawat.

Wydawałoby się, że powinniśmy być idealnymi oficerami o wysokim morale, którzy chcą życie przepływać dla ojczyzny, a na koniec „na dnie z honorem lec”.

Ale to była nieprawda.

Większość z nas chciała się wyrwać z oceanu socjalistycznej beznadziei i braku perspektyw dla ludzi uczciwych, za którymi nikt nie stał. Pomimo mundurów czuliśmy się najlepiej w dżinsach ze sterczącą z tylnej kieszeni książką żeglarską, czekając na duży rejs, na poważnym handlowym statku. Program naszej szkoły czyścił się powoli z matematyk, fizyk, chemii i szlachetniał Nawigacją, Astronawigacją, Locjami, Eksploatacją Statku , czy Wiedzą Okrętową.

Postacie, które nas uczyły tych wspaniałości są też ( mam nadzieję żywą) pamiątką szkolnictwa morskiego w Polsce. Sława ich była zasłużona i każdy z nich w ten czy inny sposób przechodził do legendy i nią obrastał. Kapitan Zaczek uczył nas Wiedzy Okrętowej. Podjeżdżał codziennie do szkoły swoim ogromnym amerykańskim samochodem, parkował wśród Syren o Wartburgów i pokazywał nam na modelach szczegóły działania wind ładunkowych i kotwicznych, derricków, renerów, szkunergai, topenantów, szersztoków, hanyputów, szwerików i innych zaklętych terminów, które oparły się spolszczaniu na siłę. Podnosił i stawiał sobie na biurku kilkunastokilowe modele dwoma palcami, nie wyjmując z kącika ust papierosa.

Eksploatacji Statków uczył nas kapitan Pszenny - ówczesny kapitan „Batorego” Uczył nas w zawrotnym tempie z własnego podręcznika i trzeba było szybko myśleć, żeby nadążyć.

Szlachetnych sztuk nawigacji i astronawigacji uczyli nas kapitanowie Jurdziński, Watras i Borowski. Ćwiczyliśmy wyobraźnię przestrzenną patrząc na błyskawicznie rysowane na tablicy sfery, a nagłówek British Admirality na mapach i locjach pozwalał uwierzyć, że to prawdziwa nawigacja i żarty się skończyły.

Właściwie trzeci rok był ostatnim rokiem poważnej nauki, bo cały czwarty to była praktyka na statkach handlowych, a dziewiąty ostatni semestr to absolutorium i obrona pracy dyplomowej.

Czasami wpadali do SDMu studenci wracajacy z praktyk okrętowych wyższych lat. Byli ubrani w najmodniejsze dżinsy, palili w fajkach Amphorę i opowiadali cuda o Bangkoku, Hong Kongu i innych portach.

Słuchaliśmy ich z otwartymi gębami i biegaliśmy po wino do „Jedynki” na rogu Zygmuntowskij i Świetojańskiej, żeby atmosfera opowieści była lepsza.

Były to krótkie chwile, kiedy byliśmy jeszcze na lądzie, więc biegaliśmy na dyskoteki, do „Żaka” do Gdańska na festiwale i kabarety, DKFy i w ogóle staraliśmy się brać udział we wszystkim, co się działo.

W indeksach kompletowaliśmy zaliczenia i egzaminy szóstego semestru. Pamiętam takie zaliczenie ze Studium Wojskowego, dokładnie ze „Szkolenia Ogniowego”. Zaliczenia miało dotyczyć celności, a młody porucznik Marynarki Wojennej, w gabinecie szkolenia ogniowego napisał zadania na tablicy, a żebyśmy nie ściągali z tablic wiszących na ścianach poodwracał je „twarzą” do ściany. Zdążyłem tylko zapamiętać, że na jednej z nich była narysowana elipsa, w niej dużo czarnych kropek, prawdopodobnie po celnych strzałach i napis 68%.

Nie wiedziałem nic na temat zadany, więc miałem dużo czasu. Ponieważ pamiętałem akurat rozdział o krzywych stożkowych z matematyki, wyprowadziłem równanie elipsy, scałkowałem ją i na końcu napisałem triumfalnie =68%.

Po dwóch godzinach na korytarzu Studium Wojskowego miały być wyniki, ale byłem pewien gola więc nawet nie podchodziłem do tablicy z wynikami.

-Ty Trzebuch, głupa rżniesz, że się nie uczysz, a z wojska dostajesz piątki-usłyszałem i nie wierząc własnym oczom podszedłem do tablicy. Rzeczywiście dostałem piatkę. Bardzo polubiłem wtedy wojsko!

Pod koniec szóstego semestru zaczęto nas przydzielać na praktyki na statki. Niektórzy szczęściarze rekomendowani przez szkołę dostawali się na praktyki jako normalnie płatni marynarze, ale ja nigdy do szczęściarzy, ani spryciarzy niestety nie należałem, więc bez protestów przyjąłem skierowanie na „Jana Matejkę” jako praktykant z pensją 57 centów amerykańskich dziennie.

„Jan Matejko” był jednym ze zbudowanych pod koniec lat 50-tych drobnicowców, tzw dziesięciaków (10,000 dwt).

Statek miał iść do Australii i Nowej Zelandii i rejs miał trwać pół roku. Na pół roku zostawić młodą żonę, w której ramiona rzucił mnie los!

„Jan Matejko” stał w odległej części Gdańskiej Stoczni Remontowej. Wprawdzie zaokrętowało nas praktykantów z WSMki jedenastu, ale kilku, którzy znali od znajomych nazwisko kapitana, szybko zmustrowało.

Lubię to! Skomentuj7 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości