0 obserwujących
328 notek
297k odsłon
1417 odsłon

Watergate a trotyl - felieton Marka Palczewskiego

Wykop Skomentuj43

Z oświadczenia wynika, że Rada Nadzorcza próbowała uzyskać od Cezarego Gmyza informacje na temat anonimowych źródeł informacji.

Rada Nadzorcza rekomendowała rozwiązanie umów z redaktorem naczelnym Tomaszem Wróblewskim, redaktorem Cezarym Gmyzem, szefem działu krajowego Mariuszem Staniszewskim i zastępcą redaktora naczelnego Bartoszem Marczukiem.

Tego samego dnia wyżej wymienieni zostali zwolnieni.

 

Przypomnijmy artykuł, od którego zaczęła się cała burza.

 

Tytuł: TROTYL WE WRAKU TUPOLEWA

Fragment:

Polacy, którzy badali wrak samolotu, odkryli na nim ślady materiałów wybuchowych.

Badania przeprowadzali przez miesiąc w Smoleńsku polscy prokuratorzy i biegli – ustaliła „Rzeczpospolita". Wrócili dwa tygodnie temu.

Informację o tym, że prokuratura od kilkunastu dni zna wyniki ekspertyz, potwierdziliśmy w rozmowie z prokuratorem generalnym Andrzejem Seremetem.

Pytanie: skoro Tomasz Wróblewski spotykał się z Andrzejem Seremetem, to dlaczego w artykule Cezarego Gmyza nie został zacytowany dosłownie prok. Andrzej Seremet? – wówczas nie byłoby wątpliwości, co wiedziała prokuratura, która zaprzeczyła rewelacjom „Rzeczpospolitej” następnego dnia. Z Seremetem rozmawiał red. naczelny „Rzeczpospolitej”. Nagrał rozmowę, nie nagrał rozmowy? Dlaczego się nie zabezpieczył na wypadek, gdyby prokuratura chciała później się wycofać. Seremet „potwierdził” informacje „Rz” oficjalnie czy nieoficjalnie? Jeśli oficjalnie, to dlaczego nie został zacytowany? Jeśli nieoficjalnie, to dlaczego tego w tekście nie zaznaczono?

Kto nie zadbał o taki cytat: Tomasz Wróblewski, Cezary Gmyz, czy Andrzej Seremet odmówił? Dlaczego nie jest cytowany występujący w tekście płk Jerzy Artymiak? Był pytany, odmówił, odesłał do kogoś innego?

Może by jednak w przyszłości gazety wzięły przykład z amerykańskiego dziennika „USA Today”, gdzie niemal przy każdej informacji podawane jest źródło informacji. W USA od lat toczy się dyskusja na temat anonimowanych źródeł informacji, ich erozji i inflacji. Ale korzystanie z nich w tekstach śledczych wydaje się nadal nieodzowne i akurat z tego czynić zarzutu Cezaremu Gmyzowi nie można. Na marginesie: kiedy Bernstein zadzwonił o 23.30 w przeddzień publikacji do Johna Mitchella, to wcale nie pytał o zgodę na zacytowanie jego wypowiedzi, tylko ją zapisał, a następnie opublikował. Czy w Polsce byłoby to możliwe? Nawet, wziąwszy pod uwagę, że nie trzeba autoryzować wypowiedzi cytowanych niedosłownie?

W tekście artykułu Gmyza są informacje, które pochodzą od biegłych i ekspertów. Czy są to informacje z pierwszej ręki czy z drugiej, czy uzyskane zgodnie z zasadą background (podaje np. funkcje pełnione przez źródła) czy deep background (podaje informacje, ale nie podaje skąd je ma – takimi były informacje w aferze Watergate od „Głębokiego gardła”) możemy się tylko domyślać. Oczywiście w ten sposób Gmyzowi wolno pisać, bo chroni tym samym swoją metodę pozyskania tych informacji.

Nie będę rozszyfrowywał anonimowych źródeł Cezarego Gmyza. Jestem za ich ochroną, ochroną tajemnicy informatora, ale kto dokładnie przeczyta artykuł Gmyza, to może się domyślić o kogo chodzi. To wcale nie zostało przez autora aż tak bardzo zakamuflowane, ale musiał on dochować elementarnych środków ostrożności, by nie wskazać ich tożsamości, bo teraz rzeczywiście miałyby one sporo kłopotów.

Czy musiał się dzielić informacjami o nich ze swoją redakcją? To zależy od wewnętrznych regulacji. Na przykład pkt. 7. Kodeksu etycznego SDP mówi, że Dziennikarza obowiązuje zachowanie tajemnicy źródła informacji, osoby i wizerunku informatora, jeśli on tego wymaga; tajemnica może być ujawniona - z tym zastrzeżeniem - jedynie przełożonemu.

Rada Europy (w roku 2010) podkreśliła, że prawo dziennikarzy, do ochrony swoich źródeł informacji jest zawodowym przywilejem:The right of journalists not to disclose their sources of information is a professional privilege, intended to encourage sources to provide important information to journalists that they would not give without a commitment to confidentiality.

Zatem w tej kwestii nie ma jednoznacznych przepisów. Bernstein i Woodward nie musieli ujawniać swoich informatorów. A jak było w „Rzeczpospolitej”? To akurat wiemy z oświadczenia Rady Nadzorczej.

 

Podsumujmy:

Grzegorz Hajdarowicz wiedział o zamiarze publikacji. Można przypuszczać, że albo z dużą dokładnością znał treść artykułu, albo go czytał. Znał jego ciężar gatunkowy. W przeciwnym razie nie spotykałby się z rzecznikiem rządu i nie informował go o publikacji. Tego typu postępowanie mnie nie dziwi. Dziwi co innego: jeżeli Grzegorz Hajdarowicz zaakceptował artykuł do publikacji, a Tomasz Wróblewski uzyskał potwierdzenie informacji od Andrzeja Seremeta (mniejsza o to czy było to potwierdzenie oficjalne czy nieoficjalne), to dlaczego gazeta po konferencji prasowej najpierw pisze o pomyłce, następnie się z tego wycofuje, a kilka dni później zostaje zwolnionych kilku dziennikarzy i redaktorów? Dlaczego wydawca nie czuje się współodpowiedzialny za to, na co - prawdopodobnie - wcześniej się zgodził?

Wykop Skomentuj43
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale