Kilka lat temu przetoczyła się przez nasze media debata na temat pornografii, a przede wszystkim jej zakazu w miejscach publicznych. Jakież to osobistości zaangażowały się w obronę legalności pornografii, od profesorów prawa, poprzez gwiazdy publicystyki aż do historyków idei. A wszystko przez to, że nie było prawnej definicji pornografii, a skoro tak to nie ma możliwości ścigania takich obrazków. Zapieniły się stare autorytety, a także osobniki młode, lecz z wszelkich skrupułów wyzwolone.
Od Tatr po Bałtyk w nieprzytomnym szlochu zaklinali się, że jeżeli zakaże się pornografii, to jest początek końca wolności i wszelkich zdobyczy cywilizacji, że trudno, dzieci dziećmi, ale jeżeli nie będzie spółkującej pary w kiosku, to oznacza powrót cenzury, już wkrótce zacznie się palić książki, a w następnej kolejności otworzą się bramy obozów koncentracyjnych. Wedle zgodnego chóru obrońców legalnej pornografii, zakazywanie jej, pomimo braku definicji zjawiska, to byłby jakiś zdziczały faszyzm. Ni stąd, ni zowąd okazało się, że goły tyłek na wystawie w księgarni czy na dworcu stał się synonimem wolności i swobód obywatelskich.
A wszystko z tego powodu, że nie ma definicji pornografii. A dlaczego w takim razie jej nie napisać, mógłby się ktoś zapytać, byłby spokój ? Ba, rzekły sędziwe filozofy prawa, to jest najtrudniejsza rzecz na świecie taka definicja, niech się laikom nie wydaje, to consensus panie potrzebny; kompromis panie, międzyświatopoglądowy. Żeby nikogo nie ukrzywdzić, ot choćby poczciwych handlarzy pornografią, którzy przecież też muszą utrzymać rodziny; albo artystów , którzy ten sposób wypowiedzi twórczej preferują; a co z dziennikarzami, którzy z kolei muszą jakoś ostatnią stronę zapełnić; a co z osobnikami, którzy się w ten sposób wyładowują, gdzie się oni niebożątka podzieją ? No i w ten sposób pornografię mamy w każdym kiosku, wolność ustrzeżona, prawo człowieka do ślinienia się przed fotografią podtrzymane.
Wszystko to przypomniało mi się w związku z wyrokiem sądowym na kobietę, która wyzwała sąsiada od pedałów. Podobno w uzasadnieniu sąd powołał się na definicję homofobii, którą wymyślił Parlament Europejski. Brzmienie ma ponoć następujące (piszę ponoć, bo znalazłem w sieci, nie wiem, czy prawdziwa) : nieuzasadniony lęk i niechęć wobec osób homoseksualnych, biseksualnych i transseksualnych, oparty na takich uprzedzeniach, jak rasizm, ksenofobia, antysemityzm i seksizm. Jeśli to prawda, że sąd wydając wyrok, podpierał się tą definicją, to ja zgadzam się z panem RPO Januszem Kochanowskim, który powiedział, że to fałszywa definicja, bo co to znaczy “nieuzasadniony lęk”? Kto ma decydować o tym, czy lęk jest czy nie jest uzasadniony?
Pierwsza rzecz, że niemożliwe jest udowodnienie przez sąd nieuzasadnionego lęku, a tym bardziej na jakich podstawach czy uprzedzeniach jest oparty. Żaden sąd nie jest w stanie wiarygodnie orzec, czy ktoś bał się naprawdę, czy tylko tak się usprawiedliwia, z tego punktu widzenia definicja wymyślona PE jest po prostu idiotyczna, co zresztą w przypadku tej instytucji nie jest wielkim zaskoczeniem. Poza tym, dlaczego lęk uzasadniony ma być lepiej traktowany od nieuzasadnionego, skoro oba mają miejsce bez udziału woli osoby dotkniętej lękiem? Zatem ja mam nadzieję, że ta kobieta skazana została jednak za użycie obraźliwego epitetu, a takim bez wątpienia jest pogardliwe określenie „pedał”. Jeśli tak, to w porządku, jeżeli natomiast kara dla kobiety wynikła z tej definicji, to powiem szczerze, czas wykopywać ukryte przez pradziadków kosy i obrzyny.
Po drugie, istnieją jeszcze inne przyczyny lęku, niż te wymienione w definicji Parlamentu Europejskiego i mogą się jak najbardziej stosować w tym przypadku. Jest przykładowo powszechnie znany lęk wynikający z przemożnego obrzydzenia, którego nie da się opanować i w dużej mierze ten właśnie lęk często pojawia się w szeroko rozumianej sferze dotyczącej seksualności. W żaden sposób nie twierdzę, że ten przypadek miał miejsce, ale niewątpliwie mógł mieć, a tego w definicji nie ma. A co z lękami opartymi na atawizmach, gdzie w tej definicji lęki będące skutkiem zabobonów, a co z lękami wynikającymi ze społecznego upośledzenia i braku edukacji, co ze społecznymi źródłami lęków, za które przecież odpowiada społeczeństwo, a nie jednostka ? A tak w ogóle, to pokażcie mi definicję „pedała”.
Inne tematy w dziale Rozmaitości