Widząc smalone duby polskiego życia publicznego, nielicho brakuje mi felietonów Macieja Rybińskiego, zmarłego przed ponad dwoma laty dziennikarza, publikującego dla „Rzeczpospolitej” i „Faktu”. Ciężko również doszukiwać się na lokalnym rynku prasowym jego godnych następców. Krzysztof Feusette jest niezły i ma w sobie potencjał, ale ciągle jest jeszcze w fazie szlifowania talentu i przekwalifikowywania się. Felietony Roberta Mazurka cieszą oko, ale bardziej podoba mi się w dziennikarzu „Rzepy” jego ostry pazur pytającego. Cotygodniowe wywiady w dodatku „Plus Minus” powinny być (a wierzę w to, że kiedyś się staną) kanonem dziennikarstwa. Tymczasem, zupełnie niespodziewanie, okazało się, że Rybiński ciągle żywy.
Znalazł się bowiem godny następca śp. Macieja Rybińskiego. Czy to przypadek, że nazywa się tak samo, czyli Rybiński... Krzysztof Rybiński. Jestem pod wrażeniem dzisiejszego felietonu „wybitnego polskiego matematyka i ekonomisty” (jak zwie p. Krzysztofa gen. Sławomir Petelicki), który publikuje na swoich łamach „Rzeczpospolita”, w dodatku „Plus Minus”. Tytuł – „Wspólnota czy dom wariatów”. Okazuje się, że można w pigułce krótkiej formy zawrzeć absurdalność spektaklu, przelewającego się od kilku tygodni w Europie, którego głównym aktem jest scena ratowania strefy euro.
Naprawdę, rewelacyjne! Zaczyna się tak: „Witamy w naszej wspólnocie mieszkaniowej na ulicy Unijnej 1. Trzeci największy apartament w naszym bloku zajmuje sąsiad Edek Cwaniacki, który jest właścicielem sieci pizzerii. Restauracje prosperowały świetnie przez dekadę, więc Edek zarobił mnóstwo pieniędzy”. Start może trochę nieruchawy? Najlepsze dopiero nadejdzie. Jeśli ktoś chce się dowiedzieć, w jaki sposób wspólnota mieszkaniowa (z takim postaciami jak sepleniący rudy Dyzio, cycata Gruba Matylda, czy Franek Żaba) z felietonu prof. Rybińskiego postanowiła spłacić trzydzieści tysięcy zadłużenia niech maszeruje do kiosku, albo wybuli coś koło 3zł na wykup internetowego wydania dodatku.
A o samym profesorze powiedzieć można, że ma w sobie sporo publicystycznej ikry. Zazwyczaj środowisko akademickie cechuje się snobizmem i drutowatością. Żarty i ironia, albo są zbyt wyszukane dla przeciętnego śmiertelnika, albo śmieszne jak najśmieszniejszy w historii żart o doktorze Watsonie (dla niewtajemniczonych – całkowity to suchar). Obserwując zaś początki Krzysztofa Rybińskiego, chociażby na salonie24 dochodzę do wniosku, że mamy co czynienia z godnym naśladowcą mistrza.
1. „Wspólnota czy dom wariatów”


Komentarze
Pokaż komentarze (5)