Na wstępie finalnego spotkania obu przywódców, tow. premier oświadczył tow. Piechocińskiemu, że o żadnych renegocjacjach nie może być mowy. Tak mu podpowiada racja stanu i racja Grasia. Motywem przewodnim - bezdyskusyjny kryzys tu i tam , ściskający imadłem Europę. Zagrażający jej stabilności, przyszłości - słowem rozmywający opokę Związku Socjalistycznych Republik Europejskich. Takie buty.
Tow. Tusk dodał co prawda, że liczy się z możliwością pewnych roszad w łonie gabinetu lecz tylko jeśli chodzi o ważnych wiceministrów z desygnacji P S L .
Odnosząc się do pobrzmiewających sugestii tow. prezesa, dotyczących racjonalizacji i modernizacji systemu zarządzania i moderowania państwem, tow. premier stwierdził, że po wiarygodnych konsultacjach z tow. Merkel i innymi przywódcami bratnich eurorepublik, żadnych zagrożeń nie widzi , a system w
Polsce działa ( i armaci ) bez zarzutu, a nawet jeszcze lepiej, co potwierdzają światowe rankingi, jeśli chodzi o lokowanie nad Wisłą poważnych pieniędzy.
Zaś nieliczne, zauważalne tam i tu patologie , patomorfy, będą ścigane mocą prawa, dzięki przemyślnej integracji działań wszystkich agend i służb. Marginalizacja i niwelacja nielicznych, wspomnianych patologii - celem gabinetu, jego jednym z priorytetów, zobowiązaniem honorowym, itd.
W trakcie dalszej rozmowy, tow. Tusk uświadomił tow. prezesowi oczywistą oczywistość , tę mianowicie, że może nie daleko padać jabłko od jabłoni. Tu przypomniał myślą lotną, jak historia lubi się powtarzać, jak łatwo pomylić dobrego katolika i prawdziwego patriotę z zaplutym karłem reakcji. Czego doświadczył ongiś tow. St. Mikołajczyk, także wicepremier.
Następnie przechodząc do pewnych spekulacji, stwierdził tow. premier, iż znacznie łatwiej od renegocjacji czegokolwiek, przejść jest do koalicji innej, zapewniając,że jego formacji wbrew szpetnym językom, jest znacznie bliżej do prawdziwej lewicy reprezentowanej przez tow. Millera, niż do lewicy kawiorowej, nadzorowanej przez tow. Kwaśniewskiego. Zwłaszcza, gdy tę ostatnią, zasili prywatnym groszem , nieprzeliczalny doktor Jan, nie bardzo wiadmo czemu, sprzyjąjący postkomunie zajadającej ikrę z jesiotra.
Tow. Piechociński, uspokojony, zapewnił tow. Tuska o swej niezłomnej woli i ochocie, dotrzymania umowy koalicyjnej z aneksami autorskimi premiera, w imię stalowopodobnego sojuszu wsi z industrializacją. Co jak powiada, czyni dla dobra publicznego i pomyślności II PRL .
Na dowód tego, poinformował tow. Gawryluk z POLSATU , że redukuje swoje etatowe oczekiwania z 200 tys. , do 150 tys. miejsc twórczej pracy. I zaprosił na kawę z wywiadem.
Rzecznik rządu, tow. Graś zapewnił, że po skończonym spotkaniu w cztery oczy + ABW, obaj przywódcy udali się zgodnie na ad hoc zorganizowaną, konferencję prasową, poświęconą wyniesieniu tow. prezesa Piechocińskiego, do godności jedynego wicepremiera - ministra gospodarki i pozostałościom po niej.
I tu, drogie towarzyszki i mężni towarzysze, premier wychodząc na przeciw oczekiwaniom opinii publicznej , z całą, znaną powszechnie szczerością, wyznał do mikrofonów i kamer, jak bardzo ceni sobie przypadkowe spotkania w przestworzach, na pokładzie rejsowego samolotu - z ludżmi o niebanalnym , ineresującym spojrzeniu na Polskę.
Opinia publiczna, uspokojona - i wyrażnie kontenta z obrotu sprawy , poszła się pier..lić z ograniczonym bezrobociem i nielicznymi patologiami.


Komentarze
Pokaż komentarze