W tle sporów wokół numeru ganituru amerykańskiej delegacji na obchody 1 września może ujść uwadze ogółu dzisiejszy protest czy też pikieta stoczniowców w Sopocie. Dużo mądrych słów można napisać o przyczynach dzisiejszego stanu naszych stoczni, racjach stoczniowców oraz postępowaniu rządu Tuska w tej sprawie. Ale ja zamiast tego chciałem tylko podzielić się krótko pierwszym wrażeniem z telewizyjnej relacji.
Od kilku godzin TVN24 praktycznie bez przerwy, w swoim stylu, czyli "sensacja na żywo", pokazuje przygotowania stoczniowców do protestu. Główny przekaz tej relacji, to pełne wibrującego niepokoju pytania, o to czy zachowany będzie porządek, czy stoczniowcy będą grzeczni. Reporterzy TVN-u dawno przekroczyli granice absurdu, drążąc ten temat w rozmowach i relacjach na żywo z miejsca planowanej pikiety. Reporter zadaje pytanie przechodniowi, czy nie obawia się o to, że w dzielnicy przez niegrzecznych stoczniowców nie będzie spokoju. Moje osobiste wrażenie jest takie, że w czasie tych wszystkich pytań reporter z trudem zachowuje powagę. Jest to typowe darcie łacha. Zagadnięty przechodzień, starszy lecz postawny człowiek, były pracownik stoczni, prosty lecz nie w ciemię bity, odpowiada: "Pan nie jest małym dzieckiem, nie widzi pan co się dzieje?"
Nie uważam, że stoczniowcy muszą zachować ciszę i spokój w dzielnicy premiera. Nie uważam, że muszą dawać robić z siebie idiotów przez dziennikarzy cwanych jak cholera. Uważam, że uliczny protest to forma działania, która ze swojej definicji przewiduje zakłócanie ciszy i spokoju, czasem szkody, starcia między różnymi grupami lub z policją. Nie namawiam do tego. Ludzie, jeśli nie chcecie protestować, to nie protestujcie. Albo niech przyjdzie paru zabawnych gości i zrobi happening pod domem premiera. Tak, to się nazywa happening, a nie protest, manifestacja czy pikieta.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)