Wydarzenie goni wydarzenie. PiS wbija zęby ludobójstwa w łydkę PO. PO daje PiS-owi solidnego kopa Farfałem i poprawia gradem (Gradem) spadającym prosto na rozgrzane czoła rady nadzorczej TVP. Grad przyjął w tym przypadku formę Ewy Nowińskiej - tajemniczej wysłanniczki ministra a jednocześnie reprezentantki środowisk twórczych, które generalnie przeciwne są zmianom proponowanym przez PO. Jak widać sojusze szybko się zmieniają, a zasada wróg mojego wroga jest moim przyjacielem ma ograniczone zastosowanie. Sam Farfał jednak, jak widać, zasadę tę opanował do perfekcji. Otumanione społeczeństwo nie może zrozumieć, kogo właściwie ma winić za to, że ten powszechnie znienawidzony przez wszystkie opcje polityczne, bojkotowany przez środowiska twórcze, gangstersko-kibolsko-nazistowski element ma się aż tak dobrze. Czy winne jest PiS czy PO? Czy Dobre Rady byłego posła Zawiszy są aż tak dobre, że zapewniają stabilne trwanie rządów tymczasowego prezesa TVP?
"Dziennik" w zasadzie już zniknął, ale jego blade widmo utrzymuje się jeszcze w formie eterycznej otoczki "Gazety Prawnej". Istnieje także przetrwalnikowa forma wirtualna "Dziennika" (Dziennik.pl), która jednakże, sądząc po szukaniu sensacji z najniższej półki, jest w rzeczywistości w połowie formą "Dziennika", a w połowie formą "Faktu". Otóż ten "Dzienniko-Fakt" każe rozpolitykowanemu społeczeństwu zastanawiać się nad tym, czy bardziej seksowny jest tatuaż posłanki Jolanty Szczypińskiej z PiS, czy też Moniki Wielichowskiej z PO. To może być ważna przesłanka przy podejmowaniu decyzji wyborczej, dlatego odnotowuję w pamięci, by w wolnej chwili przestudiować dokładnie formę obu tatuaży oraz ich ewentualne ukryte przesłanie. W pierwszej chwili odczuwam przykrość, że SLD jeszcze nie wysłało na sesję fotograficzną (w formie jakiegoś przypadkowego spotkania w centrum handlowym, oczywiście) jakiejś młodej sympatycznej posłanki z tatuażem czasowym (który zostawia trwałe ślady) lub stałym (który z czasem blaknie). Wreszcie mówię tej gonitwie myśli: stop! To szaleństwo musi się skończyć. Tego jest trochę za dużo dla normalnego człowieka, uczciwego lewicowego wyborcy, którego głowa zaprzątnięta jest postępowymi ideami, oczekiwaniem na reformy państwa, problemami i szansami globalizacji. Tak, pisanie bloga, podobnie jak cały ten polityczny folklor, wciąga tak bardzo, że człowiek stanowczo zbyt szybko traci konieczny dystans, biegnąc od linka do linka i przełączając kanały informacyjne.
Ledwie wczoraj świat blogerski żył Kaczorem, który Gruszce nie podskoczy (z orderem) i dlatego wysługuje się Tuskiem premierem, który łacno doskoczy. Społeczeństwo z zapartym tchem oglądało imprezę ogłoszoną mu jako Śniadanie Mistrzów, którą to nazwę złośliwcy i krytykanci przekręcili na Śniadanie z Mistrzami, tak jakby Tusk nie był politycznym mistrzem. Pompa towarzysząca tej imprezie zmyliła mnie, pomyślałem wtedy, że będzie to przynajmniej wydarzenie tygodnia, długo dyskutowane, pozwalające odpocząć od codziennej politycznej mielonki - rządowej walki z cieniem kryzysu, PiS-owskiej walki o chwałę cieni historii itd. Było to bardzo naiwne założenie i złudna nadzieja. Ale trudno, nie podejmę na razie żadnego z tematów związanych z dzisiejszą polityczną nawalanką. Niech tę mielonkę mielą, póki co, inni.
Mnie zastanowiło pewne zjawisko związane z wczorajszą, którą to już, nikt nie zliczy, kompromitacją prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Postanowiłem zmierzyć się z tym zjawiskiem i właśnie na nie przeznaczyć mój skromny budżet (czasowy). Wczorajszego dnia zamiast tworzyć oddzielny wpis, zadowoliłem się komentowaniem licznych wpisów poświęconych tejże kompromitacji. Było to lekkie i przyjemne komentowanie. Większość piszących notki i komentarze odniosła się do komicznego wzrostu Kaczora w porównaniu z siatkarzami. W tej sytuacji wystarczyło dopisać jeszcze jakiś żart na temat Borubara itp. i już było miło i swojsko. I to właśnie mnie zaniepokoiło. Poczułem się trochę jak na tak powszechnie wyśmewanym przez intelektualistów "Łonecie". Jako człowiek dociekliwy nie mogłem nie zadać sobie pytania, dlaczego nie zajmuję się merytoryczną krytyką Kaczora, która nie jest przecież zbyt wygórowanym wyzwaniem intelektualnym. Czy muszę zniżać się do jakże mało ambitnego nabijania się z fizycznych przywar przeciwnika? Przecież nie jestem jakimś zacietrzewionym antykaczystą - to zostawiam napaleńcom pokroju Rudeckiej. Czyżby więc w tym przypadku zadziałał u mnie instynkt stadny? Zawsze wydawało mi się, że jestem na takie rzeczy odporny, podobnie jak byłem pewny że nigdy nie kupuję tego, co jest akurat reklamowane. O moich czynach decyduje wszak moja wolna wola!
Wieczorkiem postanowiłem porozmawiać przez Skype ze znajomym, zdeklarowanym antykaczystą, z którym czasem sobie politykujemy. Zadałem mu pytanie, jak pogodzić wysokie standardy dyskusji i intelektu z niezbyt wysokich lotów, nomen omen, dowcipami na temat wzrostu Kaczorów. Właściwie nie spodziewałem się konkretnej odpowiedzi. Oczekiwałem raczej słownej napaści lub wyśmiewania się, że próbuję bronić tak obciachowych polityków jak Kaczory, no i oczywiście litanii całej serii ich wpadek, które przecież wszyscy znamy na pamięć, poczynając od "Spieprzaj, dziadu", a kończąc na chryi z Radiem Zet (pomijając wczorajszą awanturę orderową). Zresztą takie odpowiedzi dostałem, gdy już wcześniej tego dnia wysondowałem pod tym kątem kilku znajomych w realu. Jednak tym razem zostałem pozytywnie zaskoczony. Otrzymałem odpowiedź na dręczące mnie pytanie i tą odpowiedzią podzielę się teraz z kilkoma czytelnikami (przez skromność na tyle właśnie szacuję liczbę czytelników tego bloga).
Po wstępnych grzecznościach i zagajeniu pogawędki, mój rozmówca zorientował się, o co mi biega i, co więcej, okazało się, że ma na ten temat wyrobione zdanie. Przytoczę teraz z pamięci jego wypowiedź i z góry przepraszam za wulgaryzm. Jego wyjaśnienie brzmiało mniej więcej tak: "Jasne, że tu nie chodzi o wzrost kartofli. Kaczory zasłużyły sobie na pogardę i te wszystkie dowcipy swoją głupotą. Za komuny opowiadało się kawały o głupocie władzy, a nawet o tym, że Urban ma odstające uszy i nikt nie widział w tym nic niestosownego, a wręcz przeciwnie. Tamte kawały też zazwyczaj nie były za mądre, często wulgarne. Sądzę, że tak samo wtedy, tak i teraz, te kawały to odtrutka na głupotę władzy, bo nic innego nie da się z tą głupotą zrobić. A do tego stwarza się szansę, że ktoś inteligentny a zaczadzony kaczyzmem oprzytomnieje, jak zobaczy, że jego idole to tylko pośmiewisko. Kaczory robią najwięcej głupot, więc dowcipów o nich też jest najwięcej, a ich parametry fizyczne aż proszą się, by je wykorzystać i wyśmiać. Kiedyś był wywiad z taką znaną nauczycielką śpiewu, która uczyła śpiewać największe gwiazdy muzyczne, Zapendowską, i ona dokładnie o tym mówiła. Że jest wielu ludzi niskich i brzydkich, ale cały PiS, a szczególnie Kaczory, są tak zacietrzewione, że z nimi w ogóle nie da się normalnie rozmawiać. Dlatego nie śmiejemy się na przykład z tego, że Wałęsa jest niski, a śmiejemy się z Kaczorów. Znasz to? Co robią Kaczyńscy na korcie tenisowym? Grają w siatkówkę. Ja tam ich nienawidzę i żałuję, że odwołali tę dekorację siatkarzy przez prezia, bo ja i cała Polska miałaby kupę śmiechu. Śmieję się z tych debili, mimo że sam nie jestem za wysoki, choć czasem, gdy opowiadam te kawały, to trochę wkurwia mnie te moje 170 cm."
Pogawędziliśmy jeszcze trochę o innych sprawach. A ja pomyślałem, że trzeba będzie stworzyć wpis na ten temat, by było powiedziane jasno i raz na zawsze, że wyśmiewanie Kaczorów to po prostu dawka zdrowego odtruwającego śmiechu, którego nie trzeba się wstydzić. Przemyślałem wyjaśnienie mojego znajomego i doszedłem do wniosku, że najlepiej przytoczyć je dosłownie. Nic lepszego do tego nie wymyślę ani nie dodam. Jest właśnie tak jak on powiedział. Dopowiem tylko niedyskretnie, że na moje oko na końcu dodał on sobie ze 3-4 centymetry, bo ten mój znajomy faktycznie postury jest nikczemnej, ale za to rozmawia się z nim świetnie, a co najważniejsze ma dużo do powiedzenia na wiele tematów.


Komentarze
Pokaż komentarze (31)