Stacja III – Jezus upada po raz pierwszy
Mogłoby się wydawać, że Pan Bóg „pomylił się w obliczeniach”. Ciężar ludzkich grzechów okazał się być zbyt duży i Pan Jezus upada pod jego ciężarem. Unosi się tuman kurzu, zaś stojący w koło gapie na chwile nieruchomieją, czekając czy da radę się podnieść.
W rozważaniach tej stacji Drogi Krzyżowej Pan Jezus wydaje się nam jakby bliższy, bardziej ludzki. My przecież także często upadamy. Zakładamy sobie ambitne plany, składamy obietnice, postanawiamy poprawę, a jakże często nie udaje nam się tego wszystkiego dotrzymać. Na przełomie roku, gdy wielu z nas rozmyślało tradycyjnie o noworocznych postanowieniach, z mediów można było usłyszeć głosy różnych tzw. „autorytetów” zachęcających nas byśmy niczego sobie nie obiecywali, bo to nie ma żadnego sensu – i tak nie uda się dotrzymać złożonych obietnic. Po co starać się rzucać palenie, walczyć z własnym lenistwem, walczyć z nadwagą, z marnowaniem czasu na oglądanie idiotycznych programów telewizyjnych, czy wreszcie z obmawianiem innych ludzi. Współczesny świat, ustami swych „najdoskonalszych reprezentantów”, zachęca nas byśmy nic od siebie nie wymagali.
Wydaje się, że nasz umiłowany Papież bł. Jan Paweł II przewidział, że świat pójdzie w tym kierunku. Dlatego wołał, i to wołanie należy tu jeszcze raz z całą mocą przywołać – „Wymagajcie od siebie, choćby inni od was nie wymagali”!. Jezus upada pod ciężarem Krzyża, ale ważniejsze jest, że wstaje. Podnosi się i idzie dalej po swojej Via Crucis. Niech będzie dla nas wzorem, żebyśmy nie zniechęcali się naszymi potknięciami. J.W. Goethe słusznie bowiem zauważył, iż „potykając się można zajść daleko, nie można tylko upaść i się nie podnieść”.
I jeszcze jedna krótka refleksja. Pan Jezus upada pod Krzyżem. Odgłos upadku przerywa rozmowy gapiów. My czasem upadamy tak po cichu, że nikt tego nie zauważa. Dzieje się tak, gdy w prowadzonych w naszym towarzystwie rozmowach obrażane są wartości chrześcijańskie, Kościół Katolicki, Ojciec Święty, duchowni, rozgłośnie katolickie. Ludzie wyśmiewają to co powinno być nam bliskie, a nam nie starcza odwagi by stanąć w ich obronie, by opowiedzieć się jednoznacznie po stronie wiary. Boimy się, co ludzie o nas pomyślą. Uznają nas za osoby staroświeckie, zacofane, może za „moherów”. Nie reagujemy. Upadamy wówczas tak bardzo cicho, że nikt tego nie zauważa. Ba! Czasem sami nawet nie zauważamy naszego upadku. Unosi się tylko kurz wstydu i nie słychać nawet piania koguta …
Któryś za nas cierpiał rany …


Komentarze
Pokaż komentarze