Stacja V – Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść Krzyż Jezusowi
Szymon nie znał sprawy Jezusa. Wracał właśnie z pola, gdy spotkał żołnierzy. Prawdopodobnie gdy rano wstawał wydawało mu się, że to będzie dzień jak co dzień. Żołnierze, jak pamiętamy z kart Ewangelii, nie pytali go o zgodę, lecz niejako przymusili do pomocy Jezusowi. Szymon włożył jednak wiele wysiłku i własnego zaangażowania, aby swoją pomocą ulżyć w cierpieniu Chrystusa. Pomoc Szymona nie sprawiła, że Pan nasz nie został ukrzyżowany, ale jednak ułatwiła dotarcie na Golgotę. Można sobie wyobrazić, że owo doświadczenie, które spotkało Szymona niejako „przez przypadek”, całkowicie odmieniło jego życie.
Spodobało się Panu, bym i ja stał się takim Szymonem. Blisko dwa miesiące temu odebrałem telefon, czy nie zechciałbym poprowadzić zajęć z matematyki. Początkowo miałem propozycję odrzucić, bo mówiąc kolokwialnie, miałem już pełny „grafik”. Sprecyzowano, że chodzi o zajęcia w Domu Dziecka. Zgodziłem się. Byłem tam, jak dotąd, zaledwie kilka razy, ale często myślę o osobach, którym pomagam. Wiem, że lepsza wiedza z matematyki nie sprawi, że będą szczęśliwi, ale może ograniczyć liczbę ich problemów. Dziś dla mnie praca z dziećmi, o których wspomniałem, stanowi ważny element tygodnia. A przecież wiedziałem, że są Domy Dziecka. Wiedziałem, że mieszkający tam chłopcy i dziewczęta mają często problemy z nauką. Potrzebowałem jednak „żołnierzy” by mnie do nich zaprowadzili.
Moi drodzy, zgodzicie się ze mną, że tak często obojętnie mijamy ludzi, którzy nas potrzebują. Zachowujemy się trochę, o czym wspominałem już w poprzednich rozważaniach, jak te małpki i zakrywamy oczy, by ich nie dostrzegać. Bo tak jest łatwiej. Za każdym razem gdy jadę do Domu Dziecka, wraca do mnie ta myśl, że nie jestem tu sam od siebie. Zostałem w to miejsce „przyprowadzony”. Tyle osób czeka na nasz gest. Babcia, której dawno nie odwiedziliśmy; dzieci, których rodzice nie maja wystarczającej liczby pieniędzy na jedzenie; koleżanka, którą „rzucił” chłopak nie ma się komu nawet wyżalić. My jednak patrzymy, ale nie widzimy. Słuchamy, ale nie słyszymy. Czekamy, aż ktoś nas przymusi, choć i wówczas potrafimy się jeszcze opierać.
Któryś za nas cierpiał rany …


Komentarze
Pokaż komentarze