Niestety taki podły los bramkarza, że po słabym wyniku większość odpowiedzialnością za niepowodzenie obarcza właśnie jego lub ewentualnie sędziego albo trenera, a najlepiej cała trójkę. Wiem to z autopsji bo samemu grywam na bramce. Jak napastnik nie strzeli to ciągle jest 0:0, jak bramkarz puści … no właśnie. Pamiętam jak pod koniec lat 90. Widzew grał w fazie grupowej Ligi Mistrzów (tak, tak, od tego czasu żaden polski zespół nie przedostał się do grupowej fazy tych rozgrywek). Wówczas bramki Widzewa bronił Maciej Szczęsny. Kiedy wchodziłem do szkoły po przegranym meczu Widzewa (kończyłem wówczas podstawówkę), już w szatni słyszałem, że wszystkiemu winien jest Szczęsny. Oczywiście przy dobrych rezultatach (1:0 ze Steauą Bukareszt, strzelił Bogusz; 2:2 z Borussią Dortmund, bodajże obie Dębiński) koledzy chwalili napastników lub trenera. Dziś idąc na zajęcia ze studentami przypominałem sobie stare lata szkolne. I rzeczywiście już na korytarzu można było słyszeć narzekania na Szczęsnego. Historia lubi się powtarzać.
Pobawię się zatem w adwokata diabła (tu: Szczęsnego Wojciecha). Na pewno zagrał najlepiej jak umiał. W tym krytycznym momencie – z dwojga złego – lepiej że faulował niżby napastnik miał go minąć z piłką mając przed sobą pustą bramkę. Było by wówczas 2:1 dla Greków i tej straty moglibyśmy już nie wyrównać. A po za tym – wszyscy mówią Szczęsny – a przecież gdyby Damien Perquis strzelił do niemal pustej bramki byłoby 2:0 i mecz potoczyłby się inaczej. Wreszcie, gdy straciliśmy gola – współwinni nieporozumienia są obrońcy. Gdy Szczęsny faulował w polu karnym – ponownie obrońcy dopuścili, że napastnik im się aż tak daleko „przedarł”. Dlatego łatwo całą winę zwalić na bramkarza. Przyznam – mecz mu nie wyszedł – ale spokojniej z tą krytyką. Pamiętam też jak w 1996 roku w meczu z Anglią fatalnie pomylił się Andrzej Woźniak i Polska przegrała 2:1. Lepiej byłoby dla Woźniaka, gdyby wówczas trener postawił na Szczęsnego (Macieja). Po tym błędzie w klubie (FC Porto) przestali na niego stawiać i ta jedna sytuacja sprawiła, że jego bramkarska kariera zaczęła się szybko kończyć. Tak to właśnie bywa „między słupkami” – chwila nieuwagi i od narodowego bohatera zawodnik staje się „znienawidzonym” piłkarzem, na którym niemal powszechnie „wiesza się psy”.
No cóż, ciągle jestem optymistą i ciągle wierzę, że wyjdziemy z grupy. Przemkowi Tytoniowi składam serdeczne gratulacje. Tak już bywa, że na każdej tragedii zawsze ktoś wygra. W kilka sekund stał się bohaterem tłumów i „pół Polski” nauczyło się jego nazwiska. Okazuję się, że Tytoń pisany dużą literą, w odróżnieniu od tego pisanego małą, nie tylko nie jest szkodliwy, ale momentami – wręcz zbawienny. Przed Przemkiem Tytoniem jednak prawdziwym sprawdzianem będzie mecz z Rosją. Oby bronił równie znakomicie, jak ten pamiętny karny. Tego jemu i nam wszystkim życzę.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)