Zamiłowanie do paradnych uroczystości ma wśród władców długą tradycję - począwszy od uroczystego wjazdu Kleopatry do Rzymu. Równie uroczyście wjeżdżał do Rzymu polski poseł Jerzy Ossoliński (gubiąc złote podkowy). Mistrzem wspaniałych królewskich parad na dworze francuskim był sam Leonardo da Vinci. W epoce współczesnej nie wydają się jednak w najlepszym guście - celują w tym kacyki w rodzaju Amina, Bokassy, czy kolejni władcy Korei Północnej. Ci ostatni zdają się mieć palmę pierszeństwa w tej mierze; także defilady i zwarte szeregi młodzi wszelakiej i wojska, to widowisko sto razy przerastające to, co widzimy od czasu do czasu na Placu Czerwonym. Imponujacych przepychem pałaców też by się znalazło w świecie nie mało; może nawet bardziej imponujące są hotele w szejkanatach - oni mogą sobie na to pozwolić, ale np. pałac w Bukareszcie - może najwiekszy i najwspanialszy z wybudowanych współcześnie w najbiedniejszym państwie Europy - to charakterystyczne zboczenie dyktatorów dyktatorów.
Ogladając gości zgromadzonych w kremlowskim pałacu oczekujących na przejście "cara" - przypomniałem sobie opis pióra Wańkowicza podobnej uroczystości z prawdziwym carem Wszechrusi; otóż jeden bojarzyna nie wytrzymał napiecia i zwolnił zwieracze. Przechodzacy car wyrafinowanym zmysłem powonienia i widząc spowolnione ruchy wiernego sługi - zorientował się szybko wsytuacji - wyciagnął nieszczęsnika na środek sali i postawił jako wzór szacunku i neleżytej bojażni wobec swojego pana i władcy.
W podobnej sytuacji - Putin - oczywiscie nic by nie zauważył. I to wydaje sie być jedną z nielicznych różnic dzielacych współczesnego "cara" od cara


Komentarze
Pokaż komentarze