Uważam się za osobę inteligentną mającą szerokie pojęcie o otaczającym świecie. Przeczytałem i nawet zrozumiałem "Krótką historię czasu" S. Hawkinga, pojmuję zasady działania Wielkiego Zderzacza Hadronów, a nie potrafię sobie wytłumaczyć, jak funkcjonuje polska służba zdrowia...
Mając ostatnio styczność z przychodnią zdrowia, a następnie próbując się dostać do poradni specjalistycznej, mogę śmiało i z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że to wszystko jest jedną, WIELKĄ paranoją! Jest to nieporozumieniem większym, niż cokolwiek paranoistycznego jest w tym naszym dziwnym kraju. A jak wiemy, przykładów na to nie brakuje i codziennie dostajemy nowe.
Chińczycy, w swoim kraju oddali ostatnio do użytku 42kilometrowy, wielojezdniowy, kilkupoziomowy most, który zbudowali nad swoim morzem o wiele szybciej, o wiele taniej, a przede wszystkim skuteczniej, niż dwa razy krótszy odcinek polskiej A2 położony na polskim suchym lądzie. Chińczyków od pracy za miseczkę ryżu nie rozbolało gardło, a mnie od nadużywania Mohito w jednym z egzotycznych krajów świata, i owszem. Po powrocie do Polski długo nie ustępowało, a że do Pekinu i tamtejszej medycyny daleko, postanowiłem zaryzykować wizytę w placówkach polskiej służby zdrowia...
Do tzw. ośrodka zdrowia czy też do przychodni lekarskiej jeszcze można się jakoś dostać, bo to mamy zagwarantowane w Konstytucji kraju, którego nam przyszło być obywatelami (artykuł 68 paragraf 2. "Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych"). Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej, jak większość z nas już wielokrotnie się przekonała, jest wyidealizowaną teoria, a dostęp do prawdziwej, a przede wszystkim skutecznej opieki medycznej jest w Polsce czysto hipotetyczny!
Do przychodni, jak sama nazwa wskazuje można przyjść prosto z ulicy, i o dziwo, można zastać tam naszego lekarza rodzinnego, a jak nie jego, to jakiegoś innego lekarza dyżurnego. Kolejka do lekarzy pierwszego kontaktu nie będzie wielomiesięczna, gdyż jego porady są o wiele tańsze, niż porady specjalistów. Jednak nasz lekarz rodzinny przy bardziej zaawansowanych schorzeniach ma skuteczność medyczną porównywalną ze skutecznością porad indiańskiego szamana i najczęściej bez wizyty u specjalisty się nie obędzie. I tutaj, w polskiej medycynie zaczyna się kuriozum!
Skierowanie do laryngologa dostałem pod koniec czerwca, a pierwszy wolny termin do najgorszego w mieście lekarza tejże specjalności - 2 sierpnia (5tyg. oczekiwania z obolałym gardłem). Do lepszego lekarza kolejka ciągnie się aż do 15 sierpnia (7tyg. czekania), a do mającego sławę najlepszego w mieście specjalisty załapałbym się najwcześniej na początku września (po ponad 2miesiącach pasożytowania w moim gardle jakichś obcych bakterii czy też wirusów). Ranking "skuteczności" lekarzy stworzyłem sobie sam, za kryterium biorąc długość kolejek do nich. A zatem czeka mnie ponad miesiąc drapania i pieczenia gardła. Jest to ZALEDWIE miesiąc, bo jakby prześledzić rekordowe długości oczekiwania w kolejkach do specjalistów, to niektóre liczy się w latach!
Naginanie prawa czy naciąganie pacjentów?
Mnie, prócz długości tych kolejek, denerwuje także i to, że tak naprawdę zgodnie z prawem NIGDY nie będzie mi udzielona kompetentna pomoc medyczna, gdyż zanim się do lekarza dostanę, to przedawni się moje skierowanie (ważne tylko miesiąc!). Tak więc, by być zgodnym z panującymi w tym kraju przepisami zdrowotnymi, muszę co miesiąc wracać do mojego lekarza rodzinnego po nowe skierowanie do laryngologa. Mój rodzinny się z tego powodu cieszy, bo za moją kolejną wizytę i za wypisanie mi następnego skierowania zainkasuje to, co mu się należy. Nawet nie musi mnie ostukiwać młoteczkiem czy osłuchiwać stetoskopem - macha szablon skierowania i kasuje z NFZ-tu kolejne złotówki. Podobnie od początku tego roku kasuje za recepty dla przewlekle chorych. Przez ostatnie lata tego typu recepty np. na leki dla cukrzyków, itp. przedłużały się w aptece prawie, że same, a teraz trzeba każdego, nawet obłożnie chorego ciągnąć do lekarza, by tenże mógł wypisać ów świstek - oczywiście nie omieszkawszy wyciągnąć łapy do NFZ-tu po kolejne pieniądze za kolejnego obsłużonego pacjenta. Kolejki zatem sztucznie się piętrzą, pacjenci niepotrzebnie są niepokojeni, miliony złotych niepotrzebnie co dnia w ten właśnie sposób wyciekają z systemu. I tak to właśnie działa, tzn. udaje, że działa...
Oczywiście pani w rejestracji uspokoi mnie, że jeśli tylko się tu zarejestruję, nawet do lekarza, który przyjmie mnie za kilka miesięcy, to oczywiście uhonorują to moje pierwotne skierowanie i wcale nie muszę, co miesiąc chodzić do lekarza rodzinnego po jego "odświeżenie". Tylko, że to skierowanie w chwili rejestracji zostanie mi odebrane, i gdybym jakimś cudem znalazł w innej placówce lub w innym mieście mniej obłożonego specjalistę, to już nie mogę się do niego zarejestrować.
Służba zdrowia w obecnej RP jak handel w zamierzchłej PRL.
Jest szynka? - Nie ma.
A może schab jest? - Nie ma...
A jest cokolwiek? - NIE MA!
Tak przeszło 20lat temu wyglądała większość dialogów w sklepach mięsnych. Czasy się zmieniły, branża się zmieniła, a niektóre panie jakby zza lady sklepu mięsnego przeszły do okienek w rejestracji przychodni.
- Dzień dobry. Mam skierowanie do laryngologa i chciałbym się zapisać... - zaczynam miło rozmowę.
Pani już chciała odpowiedzieć wyuczonym i powtarzanym przez lata w sklepie mięsnym, że "NIE MA", ale wolała uczynić to bardziej "politycznie": - Oj ale ja zaraz kończę pracę.
No tak, godzina 14:20, więc najlepiej zamknąć ten jej przybytek, niż otworzyć zeszyt z nazwiskiem jednego z trzech lekarzy wymienionej przeze mnie specjalności i szukać pierwszej wolnej daty gdzieś tam za kilka tygodni.
Absurd ma swoje granice, zawiłość polskiej służby zdrowia NIE!
Naginając realia życia w Polsce do granic absurdu, matematykowi może wyjść na papierze, albo Narodowemu Funduszowi Zdrowia w ich arkuszach kalkulacyjnych, że w moim 20tys. mieście, gdzie na swoich posadach "ciężko pracuje" trzech laryngologów, można wygenerować wielomiesięczne kolejki do tychże specjalistów. W końcu każdy ma prawo się rozchorować, więc latem 2011 przynajmniej ćwierć populacji mojego miasta zdecydowała się przeziębić gardło albo uszkodzić ucho. Dlatego właśnie tych trzech dzielnych laryngologów, jak Doktor Judym przyjmują w pocie czoła przez 8godzin dziennie pacjentów. Robią to jak maszyny - wychodzi średnio 5minut na osobę, czyli 12 pacjentów na godzinę, 96 pacjentów dziennie na jednego dzielnego doktora. Mnożone x 3 specjalistów, x miesiąc oczekiwania w kolejce daje... TAK! By wygenerować taką kolejkę w danym miesiącu musiałoby się rozchorować ponad 6tys. osób. To jest NIEREALNE! W ciągu miesiąca, z chorym gardłem przychodzi pewnie kilkadziesiąt osób, co najwyżej kilkaset. Skąd zatem te kolejki? Czy trzech lekarzy nie jest w stanie obsłużyć kilku pacjentów dziennie? Za co biorą pieniądze przez pozostałą część dnia, skoro dziennie zapisać się może do nich tylko 5 pacjentów? Udzielenie im wszystkim porad zajmuje nie więcej, niż godzinę. Co robią przez pozostałe siedem godzin? NIC! Nic nie robią tylko po to, by pacjenci chcący naprawdę się wyleczyć byli zmuszeni przyjść do nich prywatnie! Wtedy to okazuje się, że lekarz dowolnej specjalizacji ma taką sprawność, jak perpetuum mobile! Że dentysta, który za wyleczenie jednego zęba bierze w swoim prywatnym gabinecie 100zł, potrafi pracować od 8:00 do 23:00 i w ciągu dnia załatać prawie sto zębowych dziur! A po kilku latach takiej praktyki otwiera własną, wielką klinikę dentystyczną nie posiłkując się żadnym kredytem! To jaki, taki lekarz ma mieć cel w tym, by leczyć ludzi na państwowej posadzie na której pracuje?
Na aparaturę za miliony Euro jest, na obsługę już brak?
Tego kuriozum nie jestem w stanie pojąć. Nauczę się prędzej chińskiego (i to we wszystkich możliwych dialektach), niż pojmę to, jak to się dzieje, że państwo kupuje szpitalowi najnowocześniejszy tomograf komputerowy za 2miliony Euro, że może on badać dziennie kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu pacjentów, wykrywać choroby w tak wczesnym stadium, że wyleczenie ich to błahostka zarówno medyczna, jak i ekonomiczna, a maszyna stoi nieużywana. Stoi, bo już w lutym czy w marcu danego roku kalendarzowego zaczyna brakować pieniędzy na przeprowadzanie badań tym aparatem! A zatem ludzie chorują na niewykryte na czas choroby, zbyt późno rozpoczęte leczenie przynosi o wiele słabsze efekty, kosztuje wielokrotnie więcej, chorzy umierają lub tracą zdolność do pracy, bo nie ma pieniędzy? NA CO? Na prąd do aparatu? Na posadzenie przed nim technika radiologii? To co on robi od marca do końca roku, skoro z braku pieniędzy nie może badać tym aparatem?
Przecież każdy z tych lekarzy, tych, którzy codziennie nudzą się już od 9:00, gdy wydalą z gabinetu ostatniego z tych swoich 5ciu pacjentów... Przecież każdy taki technik, który już od marca każdego roku nie ma co robić, bo NFZ nie dał pieniędzy na kolejne świadczenia medyczne maszyną za miliony złotych siedzą i się nudzą. Grają w karty, albo wstrzykują sobie z nudów morfinę...
Miałeś chamie złoty róg...
Tak, cytując Wyspiańskiego można by powiedzieć o polskiej medycynie. Bo jakże inaczej nazwać sytuację, gdy za 7milionów kupuje się jeden z najnowocześniejszych w świecie tomografów, podczas gdy NFZ na badania nim daje jedynie... 135 tys. zł. To wystarcza na zbadanie dwóch pacjentów dziennie! Na 40 sekund pracy tego urządzenia, bo potrafi ono zeskanować całe ludzkie ciało w zaledwie 20sekund. Mogło by prześwietlić wszystkich mieszańców miasta, w którym się znajduje ów szpital, a prześwietli tylko garstkę. Wykryć choroby, których leczenie w późniejszych stadiach będzie kosztować dziesiątki milionów, a urządzenie stoi. Sama amortyzacja roczna tego sprzętu kosztuje 1,4mln.
W innym urządzeniu, które także pracuje zaledwie kilka minut dziennie, trzeba raz na kilka lat wymienić 20kg promieniotwórczego kobaltu, który w Polsce się rozkłada z bezczynności, a nie zużywa w badaniach. Nowy wsad kosztuje bagatela... 3mln zł. Tak więc ten sprzęt po prostu NISZCZEJE! Może dlatego każde badanie tym sprzętem kosztuje w Polsce 3-4x drożej niż chociażby w sąsiednich Czechach? Skoro w Polsce bada się 2 osoby dziennie, a tam przynajmniej 10 pacjentów, to koszt amortyzacji sprzętu w normalnych krajach rozkłada się na 5x większą ilość pacjentów, czyniąc cenę jednostkową badania wielokrotnie niższą. O to tu chodzi? By brać wielosettysięczne łapówki od producentów sprzętu, by go dla danej placówki zakupić, a później już nawet owego urządzenia nie włączać, bo jeszcze jakieś badania trzeba będzie nim robić, czytać wielosetstronnicową instrukcję obsługi, itd.
W jaki sposób wylicza się kosztowność danej procedury medycznej? Pacjent powinien przyjeżdżać rano na badania, rozebrać się, położyć, dać się prześwietlić czy też zeskanować, wynik powinien chwilę później obejrzeć lekarz i wydać diagnozę. Gdzie tu są jakieś niebotyczne koszty? Przecież każdy z tego łańcuszka, od pielęgniarki wydającej pacjentowi jednorazowy fartuch, przez technika czy lekarza przeprowadzającego prześwietlenie, po specjalistę są comiesięcznie opłacani! Jedyne koszty to koszt prądu! Kilkadziesiąt, czy co najwyżej kilkaset złotych miesięcznie. Tyle, co kilka tabletek na za późno wykrytą chorobę...
Prawdziwe koszty pojawiają się jedynie wtedy, gdy zepsuje się jakaś droga lampa, promiennik, wsad kobaltowy czy inna zużywająca się część zamienna, ale one u nas się nie psują! One się w Polsce po prostu starzeją, ale nigdy nie zużywają! Maszyny z roku na rok, z nowoczesnych urządzeń, które mogły uratować tysiące ludzi zamieniają się w nieużywane antyki aparatury medycznej, bo ta jak wiadomo idzie z postępem techniki równie szybko, co rozwój całej elektroniki.
Ale u nas, by przebadać pacjenta, gdy tenże dożyje już wyznaczonej jemu daty badania specjalistycznego trzeba zatrudnić całą, złożoną machinę medyczną. Trzeba pacjenta przyjąć przynajmniej na trzy dni do szpitala. Na tak długo, gdyż za krótsze wizyty NFZ po prostu nie płaci. Owemu pacjentowi przez ten czas należy fundować coś, co tylko z nazwy przypomina posiłki. Ogrzewać sale szpitalne, opierać pościel, sprzątać, oporządzać, zatrudniać personel dodatkowy. Badać co rano temperaturę, wykreślać ją na papierowych kartach, zanudzać pacjentów monotonią szpitalnego życia. A to wszystko po to, by gdzieś tam za 3 dni, gdy już NFZ będzie zmuszony zapłacić za hospitalizację takiego pacjenta, zrobić mu trwające zaledwie kilka minut badanie. Za badanie NFZ nie chce płacić, bo skończyły się limity, ale za hospitalizację płacić musi. Tak więc nawet ja, z moim chorym gardłem, gdy tylko się uprę, że zechcę być zbadany po 1sze za darmo, a po 2gie w czasie krótszym niż wyznaczona mi za kilka tygodni wizyta, mogę się położyć "obłożnie chory" w szpitalu i tam po 3 dniach będę sprawdzony laryngologicznie.
Kto zatrzyma to błędne koło?! Nie, to nie jest błędne koło, to jest po prostu SPIRALA ABSURDU!


Komentarze
Pokaż komentarze (6)