0 obserwujących
37 notek
37k odsłon
  946   0

Prosty sposób na polską służbę zdrowia...

Pisząc pół roku temu artykuł o absurdach polskiej medycyny, nie miałem pojęcia, że zaledwie kilka miesięcy później dostanę namacalne dowody na jej skuteczność, a przede wszystkim wspaniałomyślność. Okazuje się, że w Polsce na wszystko są sposoby. Tylko, kto za to płaci...?
 
W Polsce, jak nigdzie indziej liczą się znajomości, koneksje, czyli tzw. "chody" i "plecy". Dobrą pracę można dostać zazwyczaj z czyjegoś polecenia, albo za pokaźną łapówkę, a zostać wyleczonym poza kolejnością w państwowej placówce zdrowia można po zaledwie jednej, krótkiej, płatnej wizycie w prywatnym gabinecie państwowego lekarza. Im lekarz bardziej znany, z większą ilością tytułujących go literek przed nazwiskiem, tym droższa wizyta, ale jednocześnie tym mniej dni będzie się czekało na miejsce w szpitalu i na operację...
 
Moja kobieta zmagająca się z opisanym w jednym z poprzednich artykułów bólem gardła, płacąca składki zdrowotne od kilku już lat, miała wyznaczoną wizytę u specjalisty (laryngologa) za około 5 tygodni od zgłoszenia się do lekarza pierwszego kontaktu. Mój wujek, przebywający od przeszło 30lat za granicą, nie płacący nigdy w życiu comiesięcznego haraczu do ZUS (a co za tym idzie, także i żadnych składek zdrowotnych), gdy tylko zdrowie zaczęło szwankować (a posiadane przez niego amerykańskie ubezpieczenie nie gwarantowało mu bezpłatności operacji), wrócił na stare, polskie śmieci, by tutaj poddać się skomplikowanemu zabiegowi. Polskiego dowodu osobistego nie posiada, bo wyjechał z Polski w czasach, gdy tenże dokument należało oddać w momencie odbierania w PRL-owskim urzędzie paszportu. Jego polski paszport już dawno stracił ważność, bo wujek przyjął obywatelstwo kraju swojej nowej ojczyzny i lata po świecie jako Citizen of The United States of America. Wracając do Polski, wyrobił sobie w polskim konsulacie tymczasowy paszport z orzełkiem i było to jedyne, co "papierkowo" łączyło go z Polską...
 
Polski paszport oznacza... życie!
Wielu wyjeżdżającym za granicę na stałe, osiedlających się z rodziną np. w Anglii, Irlandii czy USA wydaje się, że polskie obywatelstwo to coś zbędnego. Że posiadanie czerwonego paszportu ze złotym orzełkiem to obciach, i jak najszybciej trzeba wyrobić sobie dokumenty nieodróżniające się od tych, jakie posiadają pozostali mieszkańcy państwa do którego wyjechali. Dlatego swojskobrzmiąca Izabela Olchowicz wolała się wszędzie przedstawiać jako za Isabel (to ta od Marcinkiewicza...).
Problem zaczyna się wtedy, gdy za granicą pracuje się na czarno, czy też legalnie ale bez ubezpieczenia zdrowotnego, a nadmiernie eksploatowany lub starzejący się organizm postanawia "zastrajkować". Oczywiście można się profilaktycznie lub z pełną premedytacją ubezpieczyć, ale ubezpieczenia mają to do siebie, że nigdy wszystkiego nie pokrywają, a czasami wręcz niczego nie gwarantują. A zatem najtaniej i najpewniej jest spakować niezbędne rzeczy, kupić bilet do Polski i... wyleczyć się na koszt polskich podatników!
Wujek przybył do Polski po ponad 10letniej nieobecności od ostatniego tu pobytu. Ależ tak Polska piękna. Samochody tu na ulicach droższe niż u nich, gdzie zarabia się na takie auta 3-4 razy szybciej. Apartamentowce, biurowce, galerie handlowe tu tak piękne (i drogie) - jakim cudem Was na to wszystko stać?! A opieka medyczna...
 
Panie doktorze, jak to zrobić za darmo?
Wujek w zagranicznymi wynikami badań poszedł do polskiego lekarza. Czas naglił, więc poszedł oczywiście prywatnie. Mając do dyspozycji prywatną konsultację u doktora za 100zł, czy u renomowanego profesora za 150zł za wizytę, wybrał oczywiście tego droższego. Ten jednym rzutem oka na przywiezione przez wujka dokumenty potwierdził diagnozę nimi wystawioną i... dał skierowanie na operację. 
Kolejki? Jakie kolejki! Wizyta miała miejsce w piątek, skierowanie było na najbliższy poniedziałek. Czas oczekiwania - 2dni!
- Ale ja nie mam ubezpieczenia - powiedział zaskoczony tempem działania polskiej służby zdrowia wujek.
- Jak to pan nie ma ubezpieczenia? - zapytał wyraźnie zaskoczony pan profesor.
- A tak jakoś wyszło...
 
Jako, że to ja jestem tym, który w tej rodzinie potrafi załatwić wszystko na drodze zarówno prawnej, jak i bezprawnej, postanowiłem przeprowadzić wujka przez gąszcz polskich przepisów, papierków, absurdów.
Dzwoniąc do szpitala przekonałem się, jak ważne są "słowa klucze". Wystarczyło tylko odpowiednio zacząć rozmowę, by pani w rejestracji wiedziała, o co chodzi...
- Dzień dobry. Mój wujek ma skierowanie do państwa szpitala na operację. Doktor Judym kazał nam przyjechać w najbliższy poniedziałek i chciałem potwierdzić termin - zacząłem niepewnie.
- PROFESOR Judym, tak? - poprawiła mnie pani w rejestracji, odnośnie tego, że użyłem złego tytułu naukowego pana Judyma. I gdy padło już to magiczne nazwisko, reszta rozmowy była już tak miła, jak obsługa pasażera w Biznes Klasie...
Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale