Siedziałem sobie kiedyś z czteroletnim bratankiem, Michałem (syn brata, zgadza się?) na ławce przed domem dziadka gaworząc, jak to wujek z bratankiem. Ni stąd, ni zowąd, zaproponowałem przechadzkę do lasu. Było oczywiste, że nigdzie nie pójdziemy, ale bratanek podchwycił konwencję fantazjowania i abstrakcji.
- Proponuję, żebyśmy poszli do tego lasu, tam, po prawej - rzekłem.
- Lepiej pójdźmy do tego – odpowiedział, pokazując mały lasek po lewej.
Atmosfera była całkowicie przyjacielska i Michał doskonale wiedział, że było zupełnie obojętne w którą stronę i tak nie pójdziemy.
- Ten jest większy, chodźmy tam – powiedziałem zdecydowanie.
- Wcale nie, ten jest większy – odparł, pokazując „swój” lasek. Uśmiechał się, co znaczyło, że podtrzymuje konwencję żartu.
- Ale ten las jest ciekawszy - pokazałem na „mój”.
- Nie, ten jest ciekawszy.
- Ale w tym jest źródełko.
- W tym też jest źródełko.
Michał nigdy nie był w żadnym z nich. Nieco spoważniał i miałem wrażenie, że zapomniał, że to jest zabawa.
- W tym lesie, nie dość, że jest źródełko, to płynie fajny strumyk – mówię, widząc że Michał zaczyna się zacietrzewiać.
- W tym też jest i źródełko, i strumyk.
Widać było, że przywiązał się do swojej koncepcji i nie w smak mu było, nawet w teorii, zrezygnować ze „swojego” lasu na korzyść „mojego”.
- W tym lesie – oczywiście pokazywałem „swój” – stacjonowały kiedyś ruskie wojska, jak szły na Czechosłowację (1968).
- W tym też były ruskie wojska – Michał był zdesperowany broniąc „swojego” lasku.
Przekomarzałem się z nim jeszcze trochę, ale było dla mnie jasne, że Michał dawno zapomniał o zabawie i bronił swojej koncepcji tylko po to, aby nie zgodzić się na moją, w czym go lekko podkręcałem.
Dla potencjalnego, nieuważnego obserwatora, ten dialog mógłby wydawać się całkiem niewinną rozmową. Ale to nie była niewinna rozmowa. Swoim zachowaniem, intonacją, stanowczością, gestami, minami dawałem sygnały świadczące o próbie zdominowania go, narzucenia mojej woli. Zrobiłem to celowo i miałem radochę obserwując jak się dzieciak fajnie polaryzuje. Krzywdy mu chyba nie zrobiłem?
W naszej codzienności politycznej widać permanentne polaryzowanie postaw. Żeby tylko polaryzowanie. Kopanie kosmicznej przepaści. To, co ja robiłem z Michałem dla zabawy, politycy, dziennikarze i komentatorzy tu w Salonie robią na poważnie. Podsycają nienawiść w sobie i innych.
I ja jestem spolaryzowany, bo chęć stałego podnoszenia napięcia widzę wyłącznie w PO i jej wyznawcach. PIS to amatorzy w tej dziedzinie. Nienawidzę Tuska, Bronka, Grześka, Michnika, Lisa, Sadurskiego, Chevaliera i tych wszystkich cwaniaczków i nihilistów, którzy kiedyś w niewinnych, przypadkowych okolicznościach dali się spolaryzować i wojują teraz, żeby spolaryzować kolejne ofiary.
Wiadomo, że to emocje rządzą ludźmi. Te gnoje robią wszystko, żeby różnice w poglądach na różne sprawy były powodem do nienawiści. Nawet niby rzeczowe wypowiedzi są podszyte przekazem emocjonalnym, każącym gardzić tymi, którzy nie podzielają ich poglądu.
Nie dyskutuję z nimi, bo im nie o dyskusję chodzi. Oni chcą mnie zgnoić. Widzę w nich rewolucyjny zapał bolszewików zmieszany z Pol Pot-owskim marzeniem stworzenia idealnego społeczeństwa.
Czy można z nimi wygrać nie podejmując walki zbrojnej? Wątpię. Czy w ogóle wygramy? Jakoś tego nie widzę. Może nas nie wymordują. Będziemy sobie żyli w rezerwatach, albo jak to ładnie napisał Marcin Wolski: „...skazani jesteśmy na przeskakiwanie z wysepki na wysepkę, szukając miejsc, w których jeszcze ciągle możemy czuć się ludźmi”.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)