0 obserwujących
4 notki
2426 odsłon
500 odsłon

Dżihad McŚwiata

Wykop Skomentuj3

 

Celowo parafrazuję tu tytuł głośnej przed laty książki Benjamina Barbera Dżihad kontra McŚwiat, który to zwrot zaczął być powszechnie stosowany, tyle że w sposób bardzo uproszczony, by nie rzec – prostacki, niejako w oderwaniu od tez samego autora, którego obserwacje i zapatrywania zawarte zarówno we wspomnianej pracy, jak i kolejnych książkach z pewnością zasługują na uwagę. 

Obraz świata, jaki od dawna tworzą zachodnie ośrodki opiniotwórcze, media i politycy wygląda następująco – nieubłagany rozwój cywilizacyjny (utożsamiany z postępem technologicznym) wraz z coraz bardziej nieograniczoną i korzystną dla wszystkich globalną wymianą handlową sprawia, że ludy zamieszkujące różne prymitywne i zacofane regiony „opóźnione w rozwoju” (to taki eufemizm dla starego pojęcia „dzikusa”) stawiają opór triumfalnemu pochodowi zachodniej demokracji sprzyjającej poszanowaniu praw człowieka oraz nieskrępowanej wolności gospodarczej, zapewniającej powszechny dobrobyt. Ten niezrozumiały opór jest, rzecz jasna, wynikiem braku właściwej edukacji, a tym samym niskiego stopnia świadomości owych na wpół barbarzyńskich ludów oraz ich przywiązania do własnych dziwacznych obyczajów, wywodzących się z równie anachronicznych tradycji religijnych.

W dodatku ten opór wspierany jest ponoć na Zachodzie przez swego rodzaju piątą kolumnę, określaną wzgardliwie mianem „lewactwa”: od alterglobalistów przedstawianych jako współczesny odpowiednik luddyzmu; poprzez związkowców i obrońców praw pracowniczych, ekologów występujących w obronie niszczonego na niebywałą skalę środowiska naturalnego, „defetystów” sprzeciwiających się rozbudowywaniu sił specjalnych i coraz większej inwigilacji towarzyszącej walce z wszechobecnym ponoć zagrożeniem terrorystycznym, aż po pacyfistów potępiających interwencje militarne i następujące po nich „operacje przywracania pokoju”. A przecież obecność „naszych chłopców” w Iraku, Afganistanie, czy gdziekolwiek indziej nie powinna budzić najmniejszych wątpliwości - tylko w ten sposób można bowiem powstrzymać radykalnych fundamentalistów w obrębie islamu, który ponoć prowadzi z Zachodem niewypowiedzianą świętą wojnę zwaną „dżihadem”.

To, co jest najbardziej zdumiewające, to fakt, że ta prostacka indoktrynacja działa.

A przecież – to nic nowego. To tylko kolejna odsłona kolonializmu, którego świat Zachodu nigdy się nie wyrzekł.

Potworności drugiej wojny światowej wcale nie przyniosły opamiętania – zmieniła się tylko retoryka. Nie chce się dziś wiedzieć i pamiętać, co jeszcze pół wieku temu wyprawiali na przykład Francuzi w Algierii i Indochinach czy Belgowie w Kongo. Były to już jednak ostatnie próby obrony utraconych pozycji. Rolę dawnych europejskich mocarstw kolonialnych przejęli bowiem - w mniej lub bardziej ścisłej z nimi współpracy – Amerykanie, unikając jednak jawnej, ostentacyjnej okupacji i występując na podporządkowywanych sobie terytoriach jako sojusznicy i „doradcy” instalowanych przez siebie despotycznych reżimów. Powstrzymywanie „commies” miało uzasadniać wszystkie brudne chwyty. Dodajmy od razu, by nie było nieporozumień, że podobną strategię, podobnymi metodami, z podobną retoryką niesienia „przyjaźni i pomocy” i bezwzględnego pacyfikowania sprzeciwu, stosował ZSRR. Okazał się jednak mniej skuteczny – przegrywając nie tylko wyścig zbrojeń, ale – co równie ważne - wojnę propagandowo-dezinformacyjną i tym samym przeszedł do historii. Dlatego choć jego zbrodnie i nieprawości zasługują na pilną uwagę nie tylko historyków, zajmę się tu tymi, którzy z tej konfrontacji wyszli zwycięsko, a popełniając nadal swoje zbrodnie i podłości, deprawują świat teraz.   

Wspominałem poprzednio, w jednym z komentarzy, o niezwykle ważnej książce Svena Lindquista Wytępić całe to bydło, która ukazała się w przekładzie polskim dopiero w siedemnaście lat od swojej pierwszej edycji. Równie ważne jest jej dopełnienie, zatytułowane Terra Nullius. Lindquist mówi jasno i sporządza precyzyjny akt oskarżenia poparty materiałem dowodowym nie do obalenia: nazizm i potworności drugiej wojny światowej nie były jakąś incydentalną aberracją, odosobnionym aktem szaleństwa, były natomiast upiorną, ale logiczną konsekwencją kolonializmu, zwłaszcza w jego brytyjskim wydaniu. Tak, „imperium nad którym nie zachodziło słońce”, podobnie jak jego pomniejsi rywale, potrzebowało idei sankcjonujących tępienie i zniewalanie ludów zamieszkujących podbijane krainy. I takie idee nie tylko powstały, ale szybko zawładnęły umysłami – nie tylko ówczesnego establishmentu, ale także warstw niższych, które w zestawieniu z „dzikusami” mogły czuć się po prostu lepsze, paradoksalnie próbując w ten sposób ocalić resztki swojej godności, z których je odzierano spychając na dno drabiny społecznej. To była taka ówczesna odmiana backlashu. Co jest najbardziej smutne, niemal identyczne zjawisko występuje dziś nagminnie także nad Wisłą – gdzie lokalni rasiści działają najczęściej z tych samych pobudek.

Wykop Skomentuj3
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale