W 1910 roku w byłej Kongresówce jeszcze średnich szkół z językiem wykładowym polskim nie było. Poza tym w ogóle było bardzo mało szkół średnich. Na taką np. Łódź (pół miliona mieszkańców) było tylko jedno gimnazjum i jedna przemysłówka. Później, będąc w Rosji gdzie gimnazja były w miasteczkach już dziesięciotysięcznych, przekonałem się, że rząd carski umyślnie w Polsce (Priwislinskim Kraju) nie faworyzował oświaty.
Do gimnazjum zdawałem do pierwszej klasy. Wolnych miejsc do tej klasy było tylko dziesięć, gdyż przechodzili do niej uczniowie z klasy przygotowawczej. Kandydatów na te dziesięć miejsc było ze stu pięćdziesięciu. Ojciec mój , nieznaną mi drogą dowiedział się, że w Łodzi jest Rosjanin – korepetytor, który z dobrymi wynikami przygotowuje uczniów do tego gimnazjum, za słoną cenę dwustu rubli. Czego się jednak nie robi by mieć księdza w rodzie! Rodzice wysupłali ze swych oszczędności te dwieście rubli i zacząłem jeździć tramwajem z Pabianic do Łodzi (14 km.) na te korepetycje. Wywiad ojca był dobry, egzamin zdałem i zostałem przyjęty do pierwszej klasy. Po rozejrzeniu się w klasie przekonałem się, że większość uczniów to Niemcy i Żydzi. Polaków było z ośmiu.
Lekcje odbywały się tylko w języku rosyjskim. Języka polskiego nauczano na równi z językiem niemieckim i francuskim. Na początku i w gimnazjum karnie przesiedziałem dwa czasa za polskij jazyk. Nauka szła mi dość łatwo. To spowodowało, że klasa była nastrojona przyjaźnie do mnie. Do gimnazjum w ciągu ośmiu lat dojeżdżałem z Pabianic tramwajem...
cdn.
Erazm Fryczkowski


Komentarze
Pokaż komentarze (2)