Erazm Fryczkowski lata 30 Pabianice.
Erazm Fryczkowski lata 30 Pabianice.
Stryj Erazm Stryj Erazm
273
BLOG

Pamiętnik stryja Erazma 7 kartka....

Stryj Erazm Stryj Erazm Rozmaitości Obserwuj notkę 0

 

Otrzymane pieniądze okazały się aż nadto dostateczne. W pierwszym roku pobytu w Petersburgu wydałem około czterystu rubli. Samo czesne (opłata roczna za naukę) wynosiło sto rubli.

 

W trakcie nauki dowiedziałem się, że w Instytucie istnieje dziesięć stypendiów dla studentów urodzonych w Kongresówce, które ufundowali przemysłowcy węglowi z Zagłębia Dąbrowskiego. Pod koniec pierwszego roku złożyłem podanie o przyznanie mi takiego stypendium. Po przyjeździe do Petersburga na drugi rok studiów dowiedziałem się, że mam przyznane stypendium. Wynosiło ono właśnie 400 rb. rocznie, wypłacanych po potrąceniu czesnego w dziesięciu ratach po 30 rb. Przy ówczesnej taniości produktów spożywczych i kosztach mieszkania ( około 10 rubli miesięcznie) wystarczyło to na całkiem przyzwoite odżywianie się i zaspokojenie innych potrzeb. Warunkiem zachowania tego stypendium aż do ukończenia studiów w Instytucie było zdanie rokrocznie pewnego ustalonego minimum egzaminów. Tych egzaminów było mnóstwo, bo aż sto dwa. Wówczas z każdego przedmiotu trzeba było zdawać egzamin, a nie tak jak jest obecnie, że pod koniec kwartału student zdaje cztery egzaminy a resztę zalicza...

Przy systemie, jaki był w Instytucie podczas mego tam pobytu, do egzaminu rzeba było się solidnie przygotować, gdyż w razie stwierdzonych braków profesor zwykle mówił: - Pan jeszcze się dobrze nie przygotował, więc niech Pan przyjdzie za tydzień. - Egzaminy bowiem każdy profesor robił co tydzień lub co dwa tygodnie. O ile student kiepsko się przygotował, to mógł tak co tydzień chodzić na egzamin w ciągu pół roku. Rachunek prosty był przeto iść na egzamin dobrze przygotowanym. Zdał człowiek egzamin i mógł się zaraz brać do następnego. Istniała kolejność w zdawaniu egzaminów. Chodzenie na wykłady było nie obowiązujące. Istniał tylko obowiązek odrobienia ćwiczeń w laboratoriach i kreślarniach.

Mając dzięki uzyskanemu stypendium zapewniony byt, mogłem swobodnie oddać się tylko nauce. Nauka mnie bardzo interesowała. Przechodząc np. kurs matematyki (trzy egzaminy) i przerabiając zadania zdawało mi się, że to jest właśnie ta nauka, której powinienem się poświęcić. To samo powtarzało się przy studiowaniu fizyki, chemii, geologii, paleontologii, mechaniki itd. Wszystkie dyscypliny mi się podobały. Aż na trzecim roku studiów zaczęła się dopiero nauka górnicza.

Przed zaczęciem studiów nad samym górnictwem, jako dyscypliną naukową, trzeba było odbyć w ciągu wakacji letnich praktykę w kopalni. Więc w roku 1912, po drugim roku studiów , pojechałem na kopalnię węgla „Kadjewka”, znajdującą się na pograniczu południu Rosji w Zagłębiu Donieckim. Koledzy Polacy poradzili mi złożyć podanie o przyjęcie na praktykę właśnie do dyrekcji tej kopalni, ponieważ dyrektor, jak i większość administracji byli to Polacy. Dyrektor, inż Józef Krzyżanowski, reprezentował kapitał francusko-belgijski do którego należała kopalnia. Otaczając się Polakami stworzył prawdziwą oazę polskości w ówczesnym pustkowiu w tej części Donbasu. Zatrudnieni w kopalni urzędnicy korzystali z przyjazdu studentów i urządzali ku zabawie swoich rodzin co sobotę bale w pięknym Klubie.

Kopalnia okazała się nie tak straszna jak sobie wyobrażałem. Wręcz przeciwnie, po dwóch miesiącach pobytu w kopalni zaczął mi się podobać zarówno rodzaj pracy , jak i sposób bytowania. Kopalnia była gazowa i dużą ilością drobniutkiego, miękkiego jak aksamit, pyłu węglowego (węgiel był koksowy). Pył węglowy wchodził do najmniejszych porów ciała i był tak tłusty, że aby się oswobodzić od niego trzeba było się myć w łaźni gorącą jak ukrop wodą. Takie jednak codzienne szorowanie się ma też swój urok. Jednym słowem, zasmakowałem w górnictwie. Początkowo oddiał sztygarski do którego mnie przydzielono, obchodziłem („objeżdżałem”) razem z kierownikiem oddziału. Po miesiącu sztygar polecał mi wykonanie różnych czynności administracyjnych, które wykonywałem chodząc po oddziale sam. Pewnego dnia, przechodząc poprzecznicą na poziomie wentylacyjnym zauważyłem biegnący od niej stary chodnik. Cdn........

 

mgr inż. Erazm Fryczkowski.

 

Stryj Erazm
O mnie Stryj Erazm

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości