Obudowa pokryta była białym puszystym grzybem, który w niektórych miejscach zwisał ze stropnic. Bardzo to ładnie wyglądało. Panowała niczym nie zmącona cisza. Zainteresowałem się, jak daleko można zajść tym chodnikiem. Szedłem ostrożnie, aby nie zawadzić o złamane i wyciśnięte w kierunku chodnika stojaki i stropnice. Niekiedy przejście było tak wąskie, że ledwo można było się przez nie prześliznąć. Tak przeszedłem może z tysiąc metrów (później skontrolowałem swą drogę na planie). Naraz zaczepiłem głową o wyciśniętą złamaną stropnicę i spowodowałem zawał. Ledwiem zdążył odskoczyć. Teraz trzeba było wracać. O ile idąc na zwiedzanie chodnika całą uwagę miałem skupioną na tym aby nie zawadzić o połamaną obudowę, nie myśląc o ryzyku przedsięwzięcia, to wracając, poza uważnym przechodzeniem przez zwężenia, wciąż myślałem o tym, czy droga będzie wolna. Chociaż w chodniku był dobry przewiew powietrza, spociłem się niesamowicie. Myśl, że mogę być odcięty i umrzeć w tym zarzuconym chodniku z głodu, bo komuż by przyszło do głowy szukać mnie w tym ustroniu, przez cały czas odwrotu wyciskała ze mnie przysłowiowe siódme poty.
Zrobiłem widocznie dobre wrażenie na administracji kopalni, gdyż zaproszono mnie na drugą praktykę, tj. na rok 1914.
W trakcie odbywania pierwszej praktyki miałem zabawną przygodę. Nie wiadomo, skąd się to wzięło, że mówi się iż górnik musi pić wódkę. - „Jaki pan górnik, jeżeli
pan nie pije” - często się słyszy.. Otóż panie, żony urzędników kopalni, postanowiły urządzić majówkę (pojediom kaszu warit') dla swoich rodzin, no i dla studentów...
cdn.
mgr inż. Erazm Fryczkowski.


Komentarze
Pokaż komentarze