Wyjechaliśmy w drabiniastych wozach , wysłanych słomą, tzw. arbach nad brzeg rzeki Don-Doniec, dopływ Donu. Ja trzymałem się kierownika pola kopalnianego, do którego mnie przydzielono. Na kierownika zaś tęgo zagięła parol córka jednej z pań organizatorek. To spowodowało że nasze kółko było specjalnie dobrze zaopatrywane w napoje. Po przyjeździe nad brzeg rzeki i rozłożeniu się na trawce zaczęliśmy konsumować przywiezione specjały, przepijając gęsto różnego rodzaju wódkami. Co chwilę ktoś zwracał się do mnie ze słowami: „no, nasze kawalerskie” . Ja wódki nie lubię, i nie chciałem pić. - Jak to, to taki pan górnik? - mówią. Trzeba było pić. Doszło do tego, że „panowie kawalerowie” rozebrali się do naga ( panie w krzyk i w ucieczkę) i zaczęli się kąpać w dość głębokiej rzece. Ja z nimi. Po wyjściu z wody znów pijatyka. Myślę sobie: „upiję się , to będę przynajmniej wiedział, jak to się czuje pijany”. Po usadowieniu się w wozie dano nam jeszcze po butelce wódki na drogę, którą każdy wypił.
Przewieziono nas razem z całym towarzystwem do Klubu na bal. Pomimo że byłem kompletnie pijany, nie straciłem przytomności, więc po doprowadzeniu mnie do rzęsiście oświetlonej sali skromniutko usiadłem na krześle pod ścianą...
cdn.
mgr inż. Erazm Fryczkowski.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)