Dla Misiatego.
Zdegenerowany, wulgarny, porywczy i niekontrolowany mizogin i homofob … „elita” amerykańska i „liga obrony cnoty” nie znalazły wystarczająco mocnych słów by potępić wściekłe wybryki rapera. Ekstremizm nie jest jednak prawdziwym przestępstwem złego chłopca z Detroit. Eminem jest przede wszystkim zbyt biały by śpiewać tak autentycznie o zdruzgotanych życiach dużej części Amerykanów. Największy sprzedawca płyt dekady jest nieczystym sumieniem narodu. W swoich piosenkach masakruje swoją żonę, podcina gardło ojcu we śnie… jego muzyka to palec środkowy wyciągnięty w kierunku tradycyjnych wartości amerykańskich. Ale gdy wsłuchać się nieco uważniej w szokujące słowa piosenek Eminema słychać wyraźnie kulturę amerykańskich gett. Eminem nie wymyślił Ameryki uzależnionej od leków, Ameryki wagarowiczów, mizoginów, broni palnej, napaści na homoseksualistów, narkotyków, gangów… on zadowala się robieniem z tego piosenek. Inni raperzy mówili o byciu prawdziwym, Eminem taki właśnie jest.
Pierwszy album Eminema to żałosne fantazmy, pragnienie zemsty i destrukcji, czysta wściekłość i furia. Eminem robi absurdalny dramat ze wszystkiego o czym pisze. Coś pomiędzy Simpsonami, Teksańską masakrą piłą mechaniczną, reality show i twórczością Nathaniela Hawthorne'a. Ale co najważniejsze: zło jest przedstawione, ale nigdy nie jest gloryfikowane. Podstawową ofiarą jest zawsze narrator, czyli Eminem, czyli Marshall Mathers. Autoparodiowany, autooczerniany, rozdarty, złamany. Kolejne piosenki Eminema opowiadają o codzienności, codzienności świętokradzkiej i przerażającej, pełnej niepowodzeń i rozpaczy, którą akceptujemy gdy jest przedstawiana w podglądackim talk show, ale na którą nie zgadzamy się gdy przybiera formę piosenki.
Eminem może nie jest poetą, ani geniuszem, ani liderem moralnym. Ale z pewnością jest jednym z najlepszych reporterów Ameryki. Psychoza, patologia i nihilizm Eminema to jego czarny humor, który często brany jest dosłownie i na serio, przede wszystkim przez polityków i… ich żony. Ale miliony osób, które z przyjemnością słuchają piosenek Eminema, doceniają po prostu spektakl, który Eminem im proponuje, używając ich własnego języka. Fani jego muzyki nie słuchają jego płyt by podniecać swoją nienawiść, podobnie jak amatorzy Edgara Allana Poe czy Patricii Highsmith nie czytają ich książek by dać upust swoim morderczym zapędom. Ordynarność i przemoc słowna Eminema opiera się na jasnym dla fanów dystansie między słowami piosenek a rzeczywistością. Oczywiście Eminem nieustannie testuje granice tego dystansu, ale robi to z takim talentem, że należy mu się uznanie. Eminem potrafi wstrząsnąć językiem i mnoży momenty prawdy. Oczywiście możemy nie lubić tych momentów, możemy nawet myśleć, że nie powinny one mieć miejsca na Salonie 24, ale oznaczałoby to, że jesteśmy zarozumiali i nie interesuje nas w najmniejszym stopniu życie i wyobraźnia milionów Amerykanów i nie tylko. Eminem korzystając ze swojego doświadczenia dokonuje w swoich tekstach analizy mentalności Ameryki. I to nie byle jakiej analizy. No cóż, czasem potrzeba złego chłopca by napisać dobry morał.
Więc może dziś wieczorem pożyczę sobie od mojego syna którąś z płyt Eminema?


Komentarze
Pokaż komentarze (2)