Polska jest krajem o bardzo wysokim wskaźniku prywatnych firm, bardzo niskim - uzwiązkowienia oraz malejącym - osób pracujących na umowę o pracę. Tę ostatnią zastępuje się permanentnie umowami cywilnoprawnymi (o dzieło, zlecenie), najczęściej jednak kusząc lub zmuszając pracownika do założenia własnej działalności. Firm prywatnych jest - w zależności czy wierzyć Głównemu Urzędowi Statystycznemu czy Ministerstwu Gospodarki - od 1,7 do 3,7 mln. Spory w nich odsetek stanowią firmy jednoosobowe, zatrudniające jedynie dumnego, acz biednego przedsiębiorcę. W zestawieniu z dwudziestoma kilkoma milionami osób aktywnych zawodowo jest to liczba ogromna - największa w Europie.
Nasi mali biznesmeni przypominają szlachtę zagrodową - zarówno pod względem sytuacji ekonomicznej, jak i liczebności. Jednoosobowe firmy w dużej mierze wykonują tę pracę, którą jej właściciel i zarazem jedyny pracownik powinien (i często dotąd wykonywał) na podstawie umowy o pracę. W minionym 20-leciu transformacji neoliberalnej było kilka fal masowego wpuszczania ludzi w kanał samozatrudnienia. Celem było jedno - minimalizacja kosztów zatrudnienia pracownika. Kłopotami samego zainteresowanego: od ubezpieczenia zdrowotnego i emerytalnego począwszy, a na księgowości skończywszy - nikt z wyjątkiem jego samego się już nie musiał przejmować. Zewnętrznej jednoosobowej firmie już nie trzeba liczyć czasu pracy, nie trzeba też dawać urlopu. A przede wszystkim współpracującej firmie, nawet jednoosobowej, zawsze łatwiej podziękować za współpracę niż legalnie zatrudnionemu pracownikowi. Taki rozwój sytuacji doprowadził do tego, że mamy jednoosobowych przedsiębiorców wprawdzie bardzo dużo, ale nie reprezentują oni żadnego potencjału ekonomicznego, a są jedynie przedmiotem wyzysku ze strony dużych firm z którymi kooperują. Zupełnie jak szlachta zagrodowa wisząca u paska magnaterii...
No ale przecież ekonomiczne minusy bardzo łatwo przeboleć, gdy otrzymuje się za to blichtr: dumne słówko biznesmen, przedsiębiorca, właściciel firmy. Zupełnie jak herb rodowy. Siedziba zamiast miejsca zameldowania - zupełnie jak dwór szlachecki. I pieczątka firmowa, to dodaje rzeczywiście powagi, dostojności. A wszystko razem rekompensuje praktyczną stronę. Tylko jeszcze szabli brakuje, chyba że dzisiejszym odpowiednikiem szabli będzie karta "na firmę" i inne drobiazgi "zwykłemu chamstwu" niedostępne. Mówiąc językiem Mickiewicza szlachcic idący orać, ale w rękawiczkach to dzisiejszy biznesmen, który na rozmowy z ważnym kontrahentem jedzie PKSem...
Do nich też wychodzą ze swoją ofertą parabanki (instytucje finansowe działające jak banki, ale nie będące formalnie bankami). Kuszą one naszych małych, niedoświadczonych ale urzeczonych swoją szlacheckością, zwłaszcza rozpoczynających dopiero działalność biznesmenów pożyczkami, które są tanie, łatwe w uzyskaniu i nie wymagają informacji o wydolności finansowej, zdolności kredytowej ani też biznesplanu.
Prawdę piszą na swoich stronach (wszystkie cytaty pochodzą z jednego, wybranego drogą losową polskiego parabanku), że "Wiele banków posiada swej ofercie kredyty dla przedsiębiorstw ale w celu zminimalizowania ryzyka nie odzyskania środków przyznanych w kredycie, wymagają różnego rodzaju zabezpieczeń i dokumentów świadczących o finansowej kondycji firmy". Trudno się bankowi dziwić. "Większość banków wymaga przedstawienia zaświadczeń o braku zaległości w spłacie podatków i wpłatach do ZUS, potrzebne też mogą być deklaracje podatkowe z kilku poprzednich miesięcy, w niektórych bankach wymagane jest przedstawienie zeznania podatkowego za rok ubiegły". Również trudno się dziwić, bo w końcu, aby komuś pożyczyć nawet na dwa piwa, trzeba wiedzieć, że to kontrahent wiarygodny i że odda. Nowopoznanej osobie z ulicy nikt przy zdrowych zmysłach przecież nie pożyczy ani grosza. W innym miejscu czytamy "Zatem spoglądając na produkt typu kredyt na otwarcie działalności gospodarczej człowiek dochodzi do wniosku, że bez własnych oszczędności, które starczą przynajmniej na kilkanaście miesięcy nie ma, co marzyć o otwarciu firmy", "Zdecydowaliśmy się zrezygnować z banku, ponieważ załatwianie wszelakich formalności trwa zbyt długo, a my nie lubimy czekać", "To naprawdę szybka oferta, którą będziemy mogli uzyskać w krótkim czasie, co dla wielu pożyczkobiorców może mieć kluczowe znaczenie". Już na podstawie tych informacji wynika, że grupą docelową pożyczek dla małych, młodych przedsiębiorców są ci, którzy nie mają swoich środków na działalność a równocześnie są pod presją czasu. Fakt. Ani dla żadnego banku, ani trzeźwo myślącej osoby prywatnej, taki przedsiębiorca nie będzie wiarygodnym pożyczkobiorcą. Życzliwa osoba by poradziła zrewidować swoje marzenia o byciu biznesmenem. Parabank zwąchał tu jednak okazję, aby zarobić.
Wyjątkowo słusznym i prawdziwym jest inne twierdzenie z portalu owego parabanku "Banki z nieufnością podchodzą do przedsiębiorców starających się o kredyty. Nie ma w tym nic dziwnego, bank udzielając kredytu robi to aby zarobić". A czy parabank robi to w jakimś innym celu? Z sympatii do klienta? Z poczucia misji i idei? A może jest instytucją charytatywną? Ustalmy fakty. Czego by przebiegli marketingowcy nie powiedzieli, trzeba prawdzie spojrzeć w oczy: bank czy parabank, jak każda inna firma kapitalistyczna, jest zainteresowany tylko i wyłącznie własnym zyskiem. Klient jest jedynie środkiem do tego celu.
Nasza więc nowa szlachta zagrodowa, emocjonalnie i szybko, młodzieńczo nieodpowiedzialnie i bez kalkulacji czy biznesplanu - korzysta z parabanku, który udaje, że bezkrytycznie wierzy jej na słowo. Również nasz nowy szlachcic zagrodowy wierzy jej na słowo i skuszony pięcioma zerami w ofercie, podpisuje bez wahania co tylko mu się pod nos podetknie. Nie mówiąc już o zrozumieniu podpisywanego tekstu, przeważnie nie zadaje sobie fatygi, aby choć uważnie go przeczytać. W miarę czytelny autograf i dumnie przystawiona pieczątka jego firmy załatwia sprawę.
Zapomina o jednym. O ile spółka akcyjna, z ograniczoną odpowiedzialnością, komandytowa - czyli te które posiadają osobowość prawną, odpowiadają w najgorszym razie do wysokości swojego majątku; to on jako jednoosobowa firma, osoba prowadząca działalność odpowiada za wszystkie zobowiązania całym swoim majątkiem. Nawet gdy firmę dawno już będzie miał zamkniętą. A w przypadku niespłacenia zobowiązania, żaden kontrahent ani parabank, choćby był i miły, mu nie odpuści. Bo parabank to nie Mikołaj. Prezentów nie daje.
Post Scriptum: Młodzi Socjaliści (www.mlodzisocjalisci.pl) rozpoczynają właśnie kolejną edycję kampanii społecznej "Bank to nie Mikołaj, prezentów nie daje!" (www.bankniemikolaj.pl). Akcja ma na celu informowanie społeczeństwa o ryzykach oraz nadużyciach związanych z zawieraniem umów z bankami i innymi instytucjami finansowymi, prewencję oraz pomoc prawną poszkodowanym.


Komentarze
Pokaż komentarze